niedziela, 11 lutego 2018

Nieporadów Dolny cz.3

Przychodząc do Kopra nie spodziewał się łatwych pertraktacji, ale miał szczerą nadzieję, że wskóra nieco więcej. Tymczasem litr dobrej wódki szlag trafił. Zapalił papierosa i spojrzał na tartak pod lasem. W słońcu szlachetnie połyskiwał mocno sfatygowany szyld: "Decholand, Koper Teofil 1928". Podobno pierwotna nazwa tartaku była akronimem nazwiska i imienia założyciela jednak została ona szybko zmieniona po tym, jak ówczesny biskup kielecki kategorycznie odmówił poświęcenia maszyn i w dosadnych słowach wyłuszczył wszystkim nieadekwatność nazwy "Koprofil". Dobromir omiótł wzrokiem pordzewiałe podpory hali, ktora kryła skrzypiące, nadwyrężone podajniki, posztukowane prowadnice i stare, hałaśliwe, wielokrotnie reperowane, rozklekotane piły z oryginalnymi emblematami firmy Edwarda Suskiego. Edward Suski przed wojną dorobił się wielkiego majątku na produkcji wszelkiej maści pilarek. Szybko zyskał renomę i splendor. Wszędzie, gdzie się pojawiał wzbudzał emocje i zainteresowanie płci pięknej. Nie inaczej było, gdy przybył do Nieporadowa instalować piły w tartaku u Kopra. Zakochały się w nim z miejsca wszystkie niewiasty a najbardziej zakochała się w nim znachorka Kryśka, babka starej Gąsiorowej. Spotkali się tylko raz i to jej wystarczyło. Krycha resztę życia karmiła się tą chwilą, gdy nagietkiem i żywokostem traktowała ropę sączącą się z mięsistej dłoni młodego i prężnego przedsiębiorcy. Rozmyślała o nim i marzyła. Czekała na niego licząc, że kiedyś znów się paskudnie skaleczy. Lata mijały a on się jednak nie zjawiał. Aby sobie to przedłużające się czekanie na Edka umilić, wyszła za mąż za lokalnego pijaka Ziutka i powiła dwie córki. Ziutek pił, córki rosły, a ona niezłomnie czekała. Zrobiłaby wszystko, by znów go zobaczyć. Ulica Pił Suskiego to jej inicjatywa, to jej akt miłosny, zrealizowany przez wpływowego działacza gminnego, którego dziurawcem i rozmarynem wyciągnęła z rozległego bólu reumatycznego. Kochała Edwarda po sam kres, a na łożu śmierci wymamrotała jeszcze tajemniczo: "Niech zawsze mieszka z nami Sus" i wyzionęła ducha. Nikt nie wiedział, czy ostatnie słowa Krychy były przedśmiertnym przesłaniem czy też zwykłym bredzeniem w agonii, ale ostatecznie rozstrzygnięto, że wolę zmarłej trzeba uszanować i w domu pojawił się kot o imieniu "Sus". Po paru latach kota Susa zastąpił Lapsus, potem był Sinus, Konsensus, Suspensja, a obecnie sąsiadem Rewolwera jest tłusty, rudy i wiecznie napuszony Paracelsus.

Dobromir patrzył na cały ten majdan, na tartaczne złomowisko będące dziedzictwem Koprów i bezskutecznie próbował zrozumieć siłę sentymentu, siłę przywiązania człowieka do najgorszego dziadostwa tylko dlatego, że zostało namaszczone krwawicą i potem przodków. Nie pojmował jak można tak ciasno oplatać swe życie wokół genealogicznej, zgniłej spuścizny, zamykając się całkowicie na zmiany. Pojmował natomiast, że litr wódki na dwóch to mało, aby się sponiewierać, ale zbyt dużo, aby w takim stanie kierować się do sołtysa Urbanka. Dla przetrzeźwienia i dla ochłonięcia postanowił przejść lasem do sąsiednich Goleniowic. Często chodził tą drogą za młodu. Wystrojony i wypachniony przedzierał się przez krzaki w konkury do Kaśki Rzepeckiej, do swojej pierwszej miłości. Oj piękna to była dziewczyna. Nie miała w sobie nic z wiejskiej baby. Była pogodną, filigranową szatynką o zalotnym spojrzeniu i z figlarnie zadartym małym noskiem - tak przynajmniej ją zapamiętał. Po wejściu do lasu odkrył, że dawna urokliwa, dzika i zarośnięta leśna ścieżka z pomocą eurodotacji przeistoczyła się w dorodną, szutrową promenadę spacerową. Był niepocieszony. Wróciły wspomnienia i zaczął odtwarzać dawny bieg trasy: najpierw wzdłuż jaru, potem przeskakiwało się przez zwalone konary jesionu, za którymi zaczynała się kręta przeprawa przez połacie ostrężyn, następnie zejście wyścieloną błotem serpentyną w dolinę Słupianki i finalnie długa, poprzecinana licznymi korzeniami prosta aż na skraj Goleniowic. Zatęsknił za młodością, za czasami swoich sekretnych przepraw przez las. Zatęsknił za tym szczeniackim uczuciem do Kaśki, a najbardziej zwyczajnie zatęsknił za Kaśką: za tymi ich wspólnymi podbojami okolicznych łąk i pastwisk, za wyprawami do ujścia Słupianki w Dąbrówce, za pompowaniem jej jednośladu, za piciem oranżady pod sklepem, za skokami ze skarpy, za naśladowaniem bohaterów filmu Dirty Dancing w finałowym tańcu i za wszystkimi innymi wspólnymi głupotami. Kto wie jakby się ta sielska historia skończyła, gdyby nie Cichocki i jego banda. Kaśka miała bowiem całe grono lokalnych adoratorów, którzy nie przepadali za przybłędą z Nieporadowa. Dorwali go w końcu i pobili dotkliwie. Cichocki splunął na niego z pogardą i wyjaśnił wulgarnie acz całkiem rzeczowo niuanse podziałów terytorialnych i wynikające z nich zagrożenia związane z zapuszczaniem się w obce rewiry.
Dobromir otrząsnął się z tych słodko gorzkich wspomnień. "Rzepecka pewnie już dawno z tej pipidówy wyjechała a Cichocki mnie gówno obchodzi" - skonstatował przytomnie. Zganił się w duchu, że pół litra wódki wystarczyło, aby mu zrobić bigos z mózgu wskrzeszając jakieś melancholijno-nostalgiczne truchła. Przyspieszył kroku, odgonił myśli i po piętnastu minutach energicznego marszu doszedł do asfaltu, do głównej i jedynej arterii Goleniowic. Ku swojemu zaskoczeniu, od razu nadział się na barczystego Cichockiego, który w kaloszach, z widłami stał na środku drogi wpatrując się w niepokojąco znajomo wyglądającego intruza. Obydwaj się rozpoznali.
- Dzień dobry, panie Cichocki, widzę ciągle pan w swoim rewirze stróżuje.
- Dzień dobry, panie Kaszmirowski, a pan widzę niezmiennie zapuszcza się tam gdzie pana nie chcą. Po coś pan tu przylazł?
- Pogoda dobra do pracy, niech pan wraca gnojownik rozrzucać, a jak pana pyta o cel mojej wizyty to powiem panu, że... - tu chwilę wyczekał - że, z Rzepecką przyszedłem się spotkać. I co? Znowu po mordzie dostanę?
- Kaśki ni ma!
- A to się tak pokręcę, a czy jest czy ni ma to się jeszcze okaże - Dobromir ominął pewnym krokiem zupełnie zdezorientowanego Cichockiego i poszedł w głąb wsi. Nie było odwrotu. Postanowił udać się prosto pod dom Rzepeckiej. Nie liczył, że ją spotka, nawet nie wiedział czy tego chce, wiedział jednak, że chce pokazać miejscowym, że stał się drapieżnikiem, który nie baczy na terytorialne niuanse i granice rewirów. Lubił to nagłe i rozzuchwalające działanie wódki.

niedziela, 4 lutego 2018

Nieporadów Dolny cz. 2

- Cześć Koper, mam nadzieję, że nie obudziłem.
- Cześć Kaszmir - odrzekł słabym głosem półprzytomny gospodarz próbując otworzyć bramkę i gdy się w końcu udało, od niechcenia dodał - Obudziłeś.
- Przepraszam. A toś późno się kłaść musiał, bo to już prawie 11. Słabo wyglądasz. Ta robota Cię wykończy.
- Ano późno. A jaka tam robota! U Frontczaka żem się zasiedział z Zenkiem. Lepiej powiedz, po coś przyjechał?
- A sprawę mam do ciebie. - i nim zdążył powiedzieć więcej, instynktownie i ostro skontrował go Tadek:
- Tartaku nie sprzedam! Znasz moje zdanie. Jakeś po to się tu fatygował, to możesz wracać!
- Ależ bez nerwów. Jak nie sprzedajesz to przecież nie kupię, ale sprawy się pozmieniały i może warto przy absolucie - tu mrugnął okiem i znacząco poklepał dłonią walizkę - na spokojnie temat obgadać. Poza tym nie widzieliśmy się ładnych parę lat.

Koper był w rozkroku. Nie chciał gościć Kaszmira i bynajmniej nie interesowało go, co u niego przez ostatnie lata zaszło. Co gorsza, pamiętał, że Kaszmir zawsze kombinował i nie wahał się posunąć do najgorszego świństwa, aby sobie torować drogę. Niejednego już intrygami, podstępem, a ostatecznie szantażem wysadził z interesu. Pamiętał dobrze, jak sołtysa Urbanka podszedł, aby ten go do urzędu gminy polecił. Kaszmir miał we wsi mocno obślizgłą reputację.
Z drugiej strony suszyło go. Trzewia miał wykręcone. Czuł się podle. Wyobrażał sobie jak poplątane jelita niczym żmije owinęły mu żołądek i wyciskają go do cna. Suche podniebienie, zdarte gardło i przełyk szorstki jak pięty starej Gąsiorwej błagały o ratunek. A nie było przecież lepszego ratunku na skurcze i na suchoty niż lufa czystej.
- Wejdź! - powiedział ochryple.

Pół godziny później Dobromir odkręcał drugą połóweczkę i starał się powoli nakreślić, dotychczas omijany, prawdziwy cel swojej wizyty.
- Mówiłem, że jak się zawinie w mokry papier to w momencie się zmrozi.
- Zaiste szkło zrasza - Tadeusz nie krył podziwu dla tego lifehacka. Wychylili po bani. - Zimna wchodzi lepiej - rzucił truizmem.
- Bo widzisz Koper, życie można sobie ułatwić i uczynić przyjemniejszym. Jak człowiek otworzy się na nowinki, wiedzę i zmiany, wtedy jest w stanie zrobić krok do przodu. Nie da się całe życie tkwić w miejscu. Czasy się zmieniły. Wszystko się coraz szybciej rozwija, pojawia się technologia, nowe koncepcje, każdego dnia życie przyspiesza. Nowe produkty zastępowane są przez jeszcze nowsze. 
- A dupa. Ten cały postęp to nigdzie nie zmierza tylko kręci się w kółko. Ot takie zegarki. Te niby nowe cyfrowe z melodyjkami teraz znowu zastępowane są, jak dawniej, wskazówkowymi. Kaszmir, ten Twój postęp to tylko karuzela, przy której pętają się cyganie i oszuści.
- Zegarki to akurat kwestia mody, a nie postępu. Mody nie zrozumiesz. To co dzisiaj niemodne jutro może być hitem i odwrotnie. Ale postęp to stałe dążenie do osiągania lepszych rozwiązań, pchane pragnieniem łamania kolejnych barier. I kto nie idzie z postępem ten się zapada. Tak jakby stał na grzęzawisku, prędzej czy później bagno go wciągnie. Przepadnie zupełnie zapomniany, tak jakby nigdy nie istniał. A to jest właśnie najgorsze. Nie pozostawić po sobie niczego. Przejść przez życie bez śladu, jakby nie żyło się wcale.

Dobromir umilkł udając powagę i zadumę. Widział też jak Koper, odpowiednio podlany empatią, nerwowo masuje brwi trawiąc jego słowa, jak czoło mu się chmurzy i zanurza się w refleksję nad swoją przeszłością. Jak podejmuje rozpaczliwą i daremną próbą wyłowienia z niej jakichkolwiek znaczących osiągnięć. Jak w jego głowie miesza się i kotłuje przygnębienie i poczucie beznadziei z siedmioma melodyjkami zegarka Montana.
Wypili bez słowa jeszcze po dwa kielichy i Kaszmir uznał, że to dobry moment, aby spróbować:
- Sprzedaj mi tartak - uderzył z zaskoczenia.
- A po co ci on? - zadziwiająco trzeźwo zareagował gospodarz.
- Chcę zainwestować. Twojej tarcicy i tak Niemiec nie kupi. Dechy masz grube i krzywe, straty na cięciach zbyt duże i ledwo wychodzisz na swoje. Daję 20 tysięcy w gotówce. Zmodernizuję traki i ruszę z produkcją na eksport. Zatrudnię cie, to i z pensji u mnie lepiej żyć będziesz. W lasach mam dojścia to i może surowiec taniej zdobędę. Moglibyśmy zbudować coś dobrego i ludzi więcej zatrudnić.

Koper wysłuchał biznesplanu, poprawił się na krześle, położył dłonie na stole, wychylił się mocno w stronę Dobromira, spojrzał mu prosto w oczy i wycedził przez zęby:
- Tartaku nie sprzedam, a dla mendy takiej jak ty robić nigdy nie będę. - przekrzywił głowę, uśmiechnął się tryumfalnie i zaczął nucić Beautiful Dreamer, pierwszą piosenkę z zegarkowej playlisty.
- Popełniasz błąd Tadek. Duży błąd. Czas już na mnie! - odrzekł chłodno - jestem umówiony z sołtysem.

Jak tylko wyszedł na ulicę splunął i zaklął w duchu: "Kutas! Nieprzejednany i tępy kutas!"

niedziela, 28 stycznia 2018

Nieporadów Dolny

W sobotę rano do naszej małej miejscowości przyjechał Dobromir Kaszmirowski. Jak większość gości, przyjechał do nas przekrzywionym fordem transitem przerobionym na dwupiętrowy autobus. Wysiadł na przystanku pod kościołęm. Jest to jedyny przystanek w Nieporadowie Dolnym. Przystanek oprócz bycia przystankiem pełni także funkcję ostatniej łąwki w czasie nabożeństw, ołtarza w czasie procesji, straganu w czasie odpustów, a po zmroku staje się szaletem, zresztą jak tysiące innych blaszaków położonych między kościołem a sklepem. Dobromira natychmiast dostrzegł wszechwidzący proboszcz. Gwizdnął na palcach, krzyknął: "Kaszmir, ty stary łajdaku, kopa lat kurczybyku!" i pomachał mu młotkiem z drabiny. Proboszcz Stanisław oprócz zamiłowania do majsterkowania, znany był także ze swej szorstkiej natury, z zarozumialstwa i z nonszalanckiej impertynencji zwanej powszechnie buractwem, a nade wszystko znany był z długich kolejek do konfesjonału. Nasze kobiety spowiadały się u niego na okrągło. Bywały takie, które po odpukaniu grzechów i ucałowaniu stuły od razu wędrowały na koniec kolejki. Tam bluźniły tudzież zatapiały się w nieczystych myślach i ponownie rozradowane czekały na karcące reprymendy ojca Stanisława.

Dobromir zignorował owo rubaszne powitanie księdza, podniósł jedynie rękę i odburknął: "Pochwalon". Rozejrzał się czujnie, otrzepał płaszcz i ruszył w kierunku tartaku ulicą Pił Suskiego. Przyparafialna sekcja Anonimowych Alkoholików od roku bezskutecznie walczyła o zmianę nazwy ulicy chcąc dwa źle kojarzące się człony zastąpić jednym. I gdyby z powodu nagminnych libacji, decyzją Sołtysa Urbanka, sekcja nie została rozwiązana, Dobromir pewnie skręcałby właśnie w ulicę Cyrkularek.

Na rogu w ogrodzie bawiły się bliźniaki Fik i Fak, dzieci pani Jadwigi Świderskiej. Pani Świderska, z domu Kokardka, niegdyś lokalna ździra, a dziś ekspedientka małego spożywczaka była powszechnie lubiana. Miła, serdeczna, cycata, poczciwa kobieta. Nikt we wsi, a może i na świecie, nie mówił o niej inaczej niż MadaFaka, pomijając zupełnie fakt istnienia Fika. Nikt też nie wierzył, że jednojajowi Fik i Fak mają wspólnego ojca. Jadwinia kochała się bowiem taśmowo. Tadek Koper próbował tłumaczyć czasem przy piwie, że jak jednojajowi to z jednego plemnika, ale wtedy słyszał tylko: "Nie pierdol Tadziu! W dupę se wsadź te twoje zasrane biologiczne odkrycia z internetu! Ty wiesz swoje a prawda jest taka, że jakby twój tartak rżnął jak młoda Madafaka to by już lasów nie było." - i śmiali się wtedy wszyscy chrapliwie i rezonowały im puste głowy. Po zaciążeniu i szybkim ślubie z Luckiem Świderskim Jadwinia się uspokoiła. Jej nadpobudliwa muszla pożądania wypełniona została radością i mułem macierzyństwa. W morzu ludzkich grzechów grzechy Jadwini były perłami - tak uważał ojciec Stanisław, co kiedyś ponoć wyznał na mocno zakrapianych dożynkach. Nagłe nawrócenie Jadwini mocno go dotknęło, stracił radość spowiadania i więcej czasu spędzał w zaciszu zakrystii.

Dobromir uśmiechnął się do Fika, a może do Faka. Nikt, oprócz starej Gąsiorowej, nie był ich w stanie rozróżnić. W każdym razie uśmiechnął się do tego, który w tamtym momencie sypał piachem bratu w oczy. Mały uważnie przyjrzał się przyjezdnemu, uśmiechu nie odwzajemnił, a całą uwagę skupił na jego rozkołysanej, czarnej, skórzanej walizce. Trwało to na tyle długo, że piach z rozluźnionej dłoni dziecka się wysypał. Wtedy drugi malec rzucił się na niego w odwecie zasadzając mu solidnego kopa i wyrywając tym samym z walizkowej hipnozy. Dobromir poszedł dalej a Fik i Fak wrócili do swojej nieskrępowanej niepotrzebnymi regułami bitki. Szedł spokojnie, niespiesznie i przyglądał się zmianom od czasu ostatniej wizyty w Nieporadowie. Minął dość dobrze odremontowany zielony dom Maklaków, potem ponurą posiadłość z równie ponurym i krzywym płotem starej Gąsiorowej i doszedł do domu sołtysa Macieja Urbanka.

Sołtysa wszyscy szanowali za jego prawość i rozwagę a także za zawsze krótkie i rzeczowe wypowiedzi. Nieco inaczej było już, kiedy zasiadał w gospodzie u Fontczaka i oddawał się podróżom alkoholowym do granic ludzkich możliwości. Wtedy stawał się pospolitym, naprutym jak działo, lordem cwaniakiem, który wszystkich straszył prądem albo autostradą. "Jak się wkurwię to ci Zenek przez parcelę puszczę linię wysokiego napięcia z słupem w dużym pokoju" - po czym wykrzywiał usta, wypowiadał dźwięczne "zzz..." i dodawał - "i od tego ciągłego buczenia chuj cię strzeli psia mordo!" Jeśli ktoś ośmielił się bagatelizować owe groźby i szydzić z sołtysa, ten z miejsca instalował mu cztery pasy autostrady w ogrodzie. "Jeden mój podpis, jeden mój list do wojewody i każdego zaoram!" - puentował. A jak się już ostro nakręcił to sięgał po ostateczność i bełkotał o zaporze na Słupiance i o tym jak zrobi zbiornik retencyjny, jak woda zaleje wieś i gówno zostanie. Frontczak wiedział, że od straszenia zaporą sołtysowi można podać jeszcze trzy wódki i potem trzeba go niezwłocznie wyprosić, bo inaczej nie trafi do domu.

 - Uszanowanie Panie Sołtysie
 - Dzień dobry Panie Dobromirze. Dawno pana u nas nie było - odparł do tego stopnia zaskoczony Urbanek, że gościnność w nim doszła do głosu - Może na kawę pan zajdzie?
 - Ano dawno. Dziękuję. Chętnie się kawy napiję, ale wracając. Interes mam do Kopra i wolę to zrazu załatwić
 - A to widzę sprawa jakaś poważna - sondująco podpytał sołtys
 - Tak. Poważna
 - To niech pan pędzi. Jak to mawiają biznes is biznes. - sołtys udał obojętność - I zapraszam w drodze powrotnej.

Ani sołtys ani Dobromir nie byli mistrzami small talku, forma kurtuazyjnej konwersacji o niczym nie leżała w ich naturze - w każdym razie nie leżała w ich trzeźwej naturze. Sołtys odprowadził wzrokiem Kaszmirowskiego. Przeczuwał, że nagły jego powrót  i jego interesy z Koprem nie wróżą nic dobrego. Wyciągnął z kieszeni piersiówkę z czeskim rumem i golnął dla uspokojenia ciała i ducha. Odchrząknął po palącym hauście, odgonił psa, który właśnie przyniósł gumową piłkę i chciał się bawić. "Zjeżdżaj Rewolwer z tą kulką. Zabawy i zabawy a obcy pod bramą stoi to nawet dupy nie ruszysz i nie warkniesz." Po zganieniu psa, złapał go za pysk i wyszeptał do ucha: "Coś tu śmierdzi. Ale prześwietlę łajdaka." Rewolwer był powiernikiem większości urojonych spiskowych teorii sołtysa, szczęśliwie niewiele z nich rozumiał. Sołtys był jednak święcie przekonany, że coś wisiało w powietrzu i wiedział, że nie spocznie dopóty sprawy nie rozpozna. W takich chwilach wyczekiwania i knucia zajmował się ostrzeniem noża kosiarki. I kiedy jego podwórko wypełniał zgrzyt ostrzałki trzysta metrów dalej dźwięk dzwonka obudził skacowanego Tadka Kopra.

c.d.n.

sobota, 30 września 2017

Ból

Dziad był rzeźnikiem. Ojciec był rzeźnikiem. Hubert zerwał z tradycją rodzinną. Hubert jest dentystą.

W drzwiach gabinetu wita mnie serdecznie i zapraszająco wyciąga ramiona. Ma to coś we krwi. Wie jak podejść ofiarę, wie jak stworzyć przyjazną atmosferę, jak stwarzać pozory, że niby nie chodzi tu o cios obuchem. Pełna profeska!

Siadam na fotelu. Otwieram paszczę i czekam na wyrok. Miał być przegląd i usunięcie osadu, ale błysk w oku Huberta zdradza, że będzie coś ciekawszego. Borowanie szóstki poprzez plombę w piątce. Rzadki zabieg, ale w moim przypadku możliwy. Ekwilibrystyka wymagająca fantazji, precyzji i mistrzostwa.

Odsysacz nieprzyzwoicie głośno siorba ślinę. Mistrz ceremonii montuje wiertło. Na moje laickie oko jakieś takie nieco za długie. Kto wie, może chce zahaczyć jeszcze o siódemkę i poczuć się jak słynny Longinus Podbipięta. Może nawet i ślubował swojej asystentce, że nie godzien o jej rękę prosić póty jego wiertło trzech zębów za jednym zamachem nie przenicuje. A trzeba uczciwie powiedzieć, że walory niewiasty rozrabiającej w tamtej chwili jakieś anty próchnicze mazidło były niczego sobie. Zerknąłem raz jeszcze w jej stronę, tak jakby ponętność lubej Longinusa mogła mnie jakoś znieczulić. Z domysłów i z zezowania wyrwał mnie zgrzyt wiertła wjeżdżającego w starą plombę w piątce. To ten moment kiedy napięcie w obręczy barkowej gwałtownie rośnie wypychając wszystkie żyły na zewnątrz. Dłonie splecione w okolicach ud trzymają się z całych sił, powstrzymując nawzajem przed odepchnięciem żądnego krwi Longinusa. Sztywnieję sztywnością najsztywniejszą w oczekiwaniu na ból. Zgrzyt, świst, ciarki, nagle cisza!
- Boli?
- Nie.
I znowu jazda. Zbyt krótka przerwa aby poczuć ulgę. Ale jednak zaczyna rosnąć we mnie przekonanie, że borowanie w plombie boleć nie może. Jakże mylne przekonanie. Wydaję ryk, jęk i łzę
- Zabolało?
- Tak
- Takie miejsce, że może boleć.
Mistrz small talku mnie pocieszył i wszedł ponownie na obroty. Troszkę zaczęło szarpać wiertłem i mną. Trzymam się nogawek, aby nie oszaleć. Hubert już nawet nie próbuje skrywać swojej sadystycznej natury. Wybałusza oczy i dociska mocniej. Pewnie też język wywalił na brodę, ale zielona maska zasłania. Pocieszam się jedynie, że bydlak nie posiądzie swej asystentki, bo już dwie przerwy w czasie odwiertów zrobił. A nie tak się przecież umawiali.
Skończył. Wypłukałem, poprawiłem odsysacz, który z tego całego napięcia wbił mi się w podniebienie i niemal wyszedł przez brodę. Mistrz wcisnął mi w paszczę kilo ligniny i zaczął dmuchać. Trochę się znam, więc zrozumiałem, że to osuszanie przed zatruciem i plombowaniem. Najgorsze już za mną. Wtem podskoczyłem i niemal huknąłem czołem w lampę. Rzeźnicki pomiot dmuchnął mi w jakiś odsłonięty czuły nerw. Popatrzył na mnie zupełnie beznamiętnie. Odstawił dmuchawkę, wjechał lustereczkiem i zaczął oglądać odwiert. Pociumkał, pocmokał i powiedział, że jeszcze trzeba poprawić. O kurwa. Pobladłem. Od samego dmuchania uniosłem się z 30 centymetrów nad fotel, to co będzie jak zacznie poprawiać. Najprostszymi słowami zapytałem czy to konieczne, rozpaczliwie dodając, że to bardzo boli:
- yyy ooo oooeeeeee? aaaooo oooyyy.

Pokiwał twierdząco głową montując jakieś inne, drobniejsze wiertło. Całym sobą docisnąłem głowę do oparcia. Drugim całym sobą docisnąłem dupę. Trzecim całym sobą trzymałem rozwartą paszczę. Czwartym całym sobą modliłem się, aby już było po wszystkim. Piątym, szóstym i setnym całym sobą wolałbym dostać obuchem.
Pięć minut później truł to, czego wyborować nie zdołał. Gorzką polewkę przygotowała mu asystentka. Wiem, bo operując niezdarnym łapskiem kapnął gdzieś obok zęba i mój język w jakimś głupim odruchu oblizał dziąsło. Zamiast wstawienia plomby, dziury zagipsował i powiedział, że za tydzień zaplombujemy, jak się tam wszystko przetrawi.

Nie wierząc, że już po wszystkim jakoś niezdarnie osunąłem się z fotela. Wciąż miałem otwarte usta i zesztywniałe ciało. Wyszedłem bez słowa. Trochę nieelegancko, ale dla Huberta nie miało to chyba znaczenia. "Pacjenci" jego dziada i ojca też przecież po wszystkim nic nie mówili.

Wsiadłem do auta i wróciłem do domu. W domu Bimbasińska. Wita mnie serdecznie i zapraszająco wyciąga ramiona. Ma to coś we krwi. Wie jak podejść ofiarę, wie jak stworzyć przyjazną atmosferę, jak stwarzać pozory, że niby nie chodzi tu o cios obuchem. Pełna profeska!


sobota, 12 sierpnia 2017

Sierpień

Kiedyś znalazłem na strychu jakiś taki, pożółkły, stary magazyn ogrodniczy. Przejrzałem go z ciekawości. Wiodącym tematem były rośliny, które jesienią potrafią ożywić ogród. Na wypłowiałych, ale wciąż kolorowych ilustracjach były astry, wrzosy, jakieś byliny, dalie; pod nimi zaś obszerna rubryka z poradami jak podlewać, przycinać, nawozić i pielęgnować, aby dziarsko rosły nawet do przymrozków. Nuda. Zamknąłem. Nim odłożyłem do pudła, zerknąłem jeszcze na datę: Sierpień 1939.
Jakieś takie przerażająco mocne mi się to wydało. Kolorowe plany zderzone z brutalnością wojny - naprawdę drastyczny kontrast.

Prania wieszanie

Dzisiaj podczas wieszania prania poczułem to. Poczułem, że wieszanie ciuchów najbliższej osoby ma jakiś taki niesamowity wymiar. Rozciągam na ten przykład jakąś jej bluzeczkę - taką, że nie wiadomo, gdzie góra gdzie dół, gdzie otwór na dyńkę a gdzie na grabule - i cieszę się, że dzięki mnie już jutro ona będzie miała ją czystą. Przepełnia mnie jakieś takie błogie przeświadczenie, że czynię dobro. Zupełnie bezinteresownie. Bardzo pozytywne doznanie. Sięgam po majtki. Konstrukcja całkiem prosta, w przeciwieństwie do moich mają tylko 3 dziury: biodrową i dwie na giczały. Znowu to samo. Wieszam je i czuję dobro, które mnie przepełnia. Czuję dzikość serca, którą pewnie kiedyś też czuła martwa panterka na połaci chyba łonowej. Sięgam po białe skarpetki w misie, grube takie lekko pluszowe. Wieszam jedną obok drugiej, pandę przy koali i się cieszę straszliwie. Nawet jej splątane sznurówki mozolnie rozsupłuję i wieszam z uśmiechem. Uśmiech naprawdę szeroki i to nie dlatego, że po rozsupłaniu okazuje się, że to majtki.

Wieszanie prania najbliższej osoby to wielki przywilej! I dlatego ja mojej ukochanej z tego suszarnianego, dojmującego poczucia dobra okradać nie zamierzam!



sobota, 20 maja 2017

Walka

Siedzę zamknięty w pokoju. Oczy mnie pieką, najwyraźniej jakaś topola lub inny wrogi krzak pyli za oknem. Za drzwiami natomiast Barbara coś znowu tłucze. Po brzdęku wnoszę, że są to przymiotniki uderzające w nastoletnią, średnio chłonną głowę. O teraz przywaliła przydawką, zaimkiem i rodzajnikiem. Piękna seria. To musiało boleć. Jestem pewien, że małolata się lekko zachwiała. Chwila przestoju. A teraz przydałaby się kolejna odważna akcja z negacją, inwersją, zamaszystym phrasal verbsem, no i oczywiście z mocnym kończącym question tagiem. Oj po takiej akcji mogło by się skończyć przed czasem. No, ale Barbara najwyraźniej lubi się znęcać. Atakuje sporadycznie i bawi się cierpieniem rywalki. Zadaje pojedyncze ciosy i karmi swe dydaktyczne oczy grymasem bólu. Bólu mozolnego przyswajania, Najgorsze, że potem te praktyki przynosi do domu.

Między oknem a drzwiami szlakiem sufitowym podróżuje pająk. Też nie ma lekko.