Epidemia grypy. Totalny pomór. Połowa populacji męskiej uziemiona w łóżkach. Smarkają z teatralnym grymasem w rękawy swoich pidżam, tudzież w rogi pościeli. Czasem przekręcą się na bok i tępo patrzą w okno. Krople deszczu, świst wiatru, mroczne, ołowiane chmury - wszystko to jednoznacznie zwiastuje, że nadciąga najgorszy skurwiel z najgorszych. Nadciąga listopad.
Też leżę w wyrze i patrzę w okno. Ważę z 200kg. Większość tego ciężaru rozkłada się po równo między smarki i przygnębienie. Pozostałe parę kilogramów to ja. Z kuchni dochodzą bulgoty. Mój najlepszy przyjaciel Kret przetyka zlew. Kibicuję mu w jego wytrawnej walce. Zmaga się pewnie teraz z czopem scementowanym owsianką.
Co też mi strzeliło do łba, żeby zacząć jeść owsiankę? Zamiast normalnie po chłopsku wciągać chleb z pasztetem to przesiadłem się na płatki z wkładką owocową. Te wszechobecne mądrości na temat jak być fit i jak żyć zdrowo zrobiły mi wodę z mózgu... i gluta w zlewie. Nieważne. Ważne, że mam Przyjaciela!
Na podłodze przy łóżku stoi kubek z herbatą. Trzynasta herbata dzisiaj. Liczę je sobie. Co piąty kubek łykam wygrzebaną spod kołdry polopirynę. Czyli jeszcze nie teraz. W łóżku mam całą aptekę: piguły, syropy, saszetki. Szeleści, gdy się przetaczam z boku na bok.
W łóżku mam też telefon - smartfona z internetem. A zatem mam cały świat. Uciekam od obrazów zza okna w stronę zdjęć z wakacji. Przewijam je sobie leniwie. Błękit nieba, zielone łąki, słońce, jezioro, opalone ciała... wspomnienia z czasów błogości powoli wracają. Sprężyny łóżkowego materaca mogą na chwilę odetchnąć. Na bardzo krótką chwilę, bo oto znów na dnie płuc odrywa się flegma i domaga się odkrztuszenia. Kaszlę. Przecieram ekran telefonu rękawem i oglądam dalej. Przerzucam się na maila. Nic. Smsa też nie ma. Nawet kret ucichł. Wstaję i idę do kuchni, by sprawdzić efekty. Nosz kurwa mać, pierdolona pizda owsianka! - charczę pod nosem. Wygrała. Kret na łopatkach, sztywny i nieruchomy. Tajemnicę czy owies zawiera gluten zabrał do grobu.
Zostałem sam. Nastawiam wodę na kolejną herbatę.
I tak w kółko, do nie wiadomo kiedy.
czwartek, 23 października 2014
niedziela, 19 października 2014
Za osiem milionów
Wieczór. Jesienny wieczór. W kuchni gra radio. W przerwie między piosenkami, zupełnie beznamiętny głos spikera obwieszcza, że jest godzina za osiem milionów dziewiętnasta.
Dziwna godzina. Za osiem milionów? Za osiem milionów czego? - bezwiednie zaczynam się zastanawiać czy jest coś takiego w przyrodzie, co można liczyć w milionach i wyrażać tym krótki czas.
Może serce jakiegoś mikroba tak szybko kołata. Ale czy istnieje jakieś takie małe rozedrgane żyjątko? Może istnieje. Kto wie, może zamieszkuje nawet w moich powiekach.
Zażywam magnez. Popijam wodą.
Dziwna godzina. Za osiem milionów? Za osiem milionów czego? - bezwiednie zaczynam się zastanawiać czy jest coś takiego w przyrodzie, co można liczyć w milionach i wyrażać tym krótki czas.
Może serce jakiegoś mikroba tak szybko kołata. Ale czy istnieje jakieś takie małe rozedrgane żyjątko? Może istnieje. Kto wie, może zamieszkuje nawet w moich powiekach.
Zażywam magnez. Popijam wodą.
poniedziałek, 22 września 2014
Pomysł
Lata temu, jeszcze w szkole podstawowej grywałem namiętnie w szachy. Wśród uczniowskiej braci toczyliśmy naprawdę zacięte pojedynki. Nad szachownicą tłoczyło się grono rozentuzjazmowanych kibiców przeżywających każde posunięcie. Czasem, któryś z nich krzyczał: "Ależ widzę ruch!" i cały podskakiwał z podniecenia siejąc zamęt w głowach graczy.
Mój poprzedni, jakże euforyczny wpis zakończony lekką nutą tajemniczości to poniekąd taki właśnie szczeniacki krzyk. Tryumfalne obwieszczenie światu, że widzę ruch! Ruch na blogowej szachownicy. Aby analogia była pełna, to w głowach innych blogerów teraz winno się kotłować. Wszystkie procesy myślowe powinny węszyć w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania: "Cóż on dostrzegł? Cóż on wymyślił?"
No właśnie, jakiż to pomysł wpadł mi do głowy podczas gdy cała Polska świętowała sukces naszych siatkarzy?
Otóż wymyśliłem nową i nieskromnie wydaje mi się, że dość ciekawą formułę bloga. Formułę z misją społeczną. Wyobraźmy sobie bloga, na którym opisuję życie ciężko chorego dziecka. Dajmy na to 8-letniej Małgosi chorej na białaczkę. Opisuję świat jej oczami. O tym, że jak śpi z ukochanym misiem to mniej ją boli. O tym, że wczoraj była z mamą w sklepie i niestety zabrakło pieniążków na nową lalkę, bo przecież trzeba oszczędzać i odkładać na zabieg. O tym, że pan doktor z siwą brodą podobny jest do Mikołaja tylko ubiór jakiś taki inny. O tym, że coraz rzadziej chodzi do szkoły i że chciałaby się bawić z innymi dziećmi, ale sił często brak. O tym, że zazdrości Tomkowi (starszemu bratu) tego, że wyjechał na obóz nad morze....
W wielkim skrócie autentyczny i przejmujący obraz. Obraz życia trapionego chorobą, niewinnego dziecka. Coś w stylu książki "Chce się żyć".
Czytelnik z każdym postem zgrabnie wciągany jest w tę wzruszającą historię. Zupełnie naturalnym odruchem staje się chęć niesienia pomocy, chęć okazania wsparcia lub najzwyczajniej chęć przekazania pieniędzy. I tu jest clou sprawy! Tylko ja wiem kim jest mała Małgosia! I ja tego nikomu wprost nie powiem. To kolejne posty odsłaniają nowe fakty i określają coraz precyzyjniej kontekst. Chcesz pomóc to czytaj uważnie, wyłapuj wskazówki i zostań detektywem na tropie ludzi potrzebujących pomocy! Sam odnajdź Małgosię!
Ot taki pomysł! Jak się podoba to można ukraść, bo ja z nim pewnie nic nie zrobię.
Mój poprzedni, jakże euforyczny wpis zakończony lekką nutą tajemniczości to poniekąd taki właśnie szczeniacki krzyk. Tryumfalne obwieszczenie światu, że widzę ruch! Ruch na blogowej szachownicy. Aby analogia była pełna, to w głowach innych blogerów teraz winno się kotłować. Wszystkie procesy myślowe powinny węszyć w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania: "Cóż on dostrzegł? Cóż on wymyślił?"
No właśnie, jakiż to pomysł wpadł mi do głowy podczas gdy cała Polska świętowała sukces naszych siatkarzy?
Otóż wymyśliłem nową i nieskromnie wydaje mi się, że dość ciekawą formułę bloga. Formułę z misją społeczną. Wyobraźmy sobie bloga, na którym opisuję życie ciężko chorego dziecka. Dajmy na to 8-letniej Małgosi chorej na białaczkę. Opisuję świat jej oczami. O tym, że jak śpi z ukochanym misiem to mniej ją boli. O tym, że wczoraj była z mamą w sklepie i niestety zabrakło pieniążków na nową lalkę, bo przecież trzeba oszczędzać i odkładać na zabieg. O tym, że pan doktor z siwą brodą podobny jest do Mikołaja tylko ubiór jakiś taki inny. O tym, że coraz rzadziej chodzi do szkoły i że chciałaby się bawić z innymi dziećmi, ale sił często brak. O tym, że zazdrości Tomkowi (starszemu bratu) tego, że wyjechał na obóz nad morze....
W wielkim skrócie autentyczny i przejmujący obraz. Obraz życia trapionego chorobą, niewinnego dziecka. Coś w stylu książki "Chce się żyć".
Czytelnik z każdym postem zgrabnie wciągany jest w tę wzruszającą historię. Zupełnie naturalnym odruchem staje się chęć niesienia pomocy, chęć okazania wsparcia lub najzwyczajniej chęć przekazania pieniędzy. I tu jest clou sprawy! Tylko ja wiem kim jest mała Małgosia! I ja tego nikomu wprost nie powiem. To kolejne posty odsłaniają nowe fakty i określają coraz precyzyjniej kontekst. Chcesz pomóc to czytaj uważnie, wyłapuj wskazówki i zostań detektywem na tropie ludzi potrzebujących pomocy! Sam odnajdź Małgosię!
Ot taki pomysł! Jak się podoba to można ukraść, bo ja z nim pewnie nic nie zrobię.
niedziela, 21 września 2014
Mamy złoto!
Otumaniona facjata to objaw psychicznego wycieńczenia. Psychiczne wycieńczenie to z kolei owoc długotrwałej nadprodukcji myśli, czyli sytuacji, w której mózg rodzi więcej myśli niż sam jest w stanie przetworzyć. Synapsy się grzeją, kora się wypiętrza, istota szara czernieje, hipokamp tężeje - jednym słowem totalny rozpierdol.
Mamy złoto! - pomyślałem sobie i uśmiechnąłem się pod nosem. Ucieszyłem się z tego uśmiechu bardziej niż ze złota. To jakiś taki mały wyłom na moim ponurym obliczu. Po chwili jednak moja mimika powróciła do tępego i nijakiego stanu wyjściowego.
I wydawać by się mogło, że w takim stanie to już ni hu hu! Nic tylko się zahibernować i czekać na lepsze czasy. Zniknąć w szufladzie lodowej i oszczędzić światu swojej bezbarwności!
A jednak to właśnie w takim stanie wpadłem na pewien pomysł! Nie wiem czy dobry czy kiepski, ale z pewnością intrygujący. Wpadłem na pomysł na bloga!
I wydawać by się mogło, że w takim stanie to już ni hu hu! Nic tylko się zahibernować i czekać na lepsze czasy. Zniknąć w szufladzie lodowej i oszczędzić światu swojej bezbarwności!
A jednak to właśnie w takim stanie wpadłem na pewien pomysł! Nie wiem czy dobry czy kiepski, ale z pewnością intrygujący. Wpadłem na pomysł na bloga!
poniedziałek, 15 września 2014
Jesień
Idzie jesień. A tuż przy niej wiadomo, drepcze mała, szara, wredna pizda, o imieniu Deprecha. I wywraca świńskimi oczkami czyhając na moment naszej nieuwagi. Czai się, by znienacka jednym susem wbić się w nasz krwiobieg i wtłoczyć do niego cierpką toksynę.
I na nic grube płaszcze, na nic ciepłe szale,
Na nic też rajtuzy, leginsy, korale
Deprecha już zaciera swoje tarcze tnące
I czeka niecierpliwie aż osłabnie słońce
I ciach i sru!
I bach i w ruch!
Ruszyła maszyna po liściach niedbale
W dziupli ma centralnie nasz środkowy palec
Nic jej nie poskromi, nic jej nie powstrzyma
No chyba, że zima!
*****
Na jesień odzywa się we mnie jakiś taki pierwiastek liryczny. Zdaje się, że to już. Wybaczcie! Z innych ciekawostek, to czasami, głównie w listopadowe wieczory, wydaje mi się, że mam na imię Ildefons. Całkiem niekiepsko, prawda?
piątek, 12 września 2014
Miłość
Najtrudniej jest kochać tych, którzy miłości potrzebują najbardziej.
Na taką oto mądrość natrafiłem ostatnio. Proszę przeczytać ją raz jeszcze, powoli.
Nie będę roztrząsał, czy jest to mądrość wielkiego kalibru czy też prostackie generalizowanie wysnute na podstawie kilku przypadków. Tak czy owak, ludzie trudni, z emocjonalnymi wyrwami skrzętnie skrywanymi pod skorupą dzielności łakną miłości. Łakną miłości chyba bardziej niż inni, wręcz drapieżnie.
No dobrze, a kogo jest kochać najłatwiej? (oprócz słitaśnego trzymiesięcznego szczeniaka).
Zdecydowanie ludzi sprawnych fizycznie, zdrowych emocjonalnie, radosnych, do tego pięknych, z mnóstwem talentów, wrażliwych i dobrych. Choć nie! Dobrych niekoniecznie!
A teraz czas na ćwiczenie. Proszę spośród znajomych lub przyjaciół wybrać kilka osób i zastanowić się, do której grupy one należą. Można śmiało wybrać też mnie. Będę zaszczycony.
I jak? Trafił ktoś do kategorii słitaśnych szczeniaków? Czy wszyscy wpadli do wygłodniałych drapieżników z wyrwami i skorupami?
A sami siebie jak postrzegamy? Trudno nas kochać czy łatwo? A może da się coś zrobić, aby kochać nas było łatwiej?
Zwłaszcza to ostatnie pytanie jest nurtujące. Mocowałem się z nim długo. Szukałem i głowiłem się nad tym, jakie podjąć kroki, aby dokonać w sobie korzystnej transformacji.
Koniec końców..... zapisałem się na siłownię.
wtorek, 19 sierpnia 2014
Rowery - część III (ostatnia)
Słuchałem ostatnio w Trójce programu o jakieś niby nieziemskiej wyprawie rowerowej i uświadomiłem sobie, że jest to temat kompletnie nieradiowy. Mimo wszelkich prób reportera, aby uczynić akcję wartką, z głośników wiało makabryczną nudą. Im więcej szczegółów, tym gorzej. Nuda, nuda, nuda!
I wiecie co? Nie chce mi się już pisać o rowerach!
Zresztą mam nieodparte wrażenie, że wyprawa rowerowa to też temat mało blogowy. Już wymyśliłem Azora, krokodyla i anakondę, aby się coś działo. I co? Nuda. Oczywiście, w kolejnych odsłonach mógłbym rozpisywać się o tym jak udusiliśmy niedźwiedzia bidonem i nabili dwa dziki na jedną szprychę, ale mi się zwyczajnie nie chce.
Fakty są takie, że spędziliśmy na rowerach jeszcze siedem wspaniałych dni. Dni pełnych radości i beztroski, a przy tym tak absorbujących, że nie było czasu na najkrótsze wyprawy myślami ku temu, co w domu lub w pracy. Każdy dzień inny, improwizowany. Totalne "tu i teraz". Totalny "reset". I to jest w tym wszystkim najważniejsze!
Wkrótce dodam parę zdjęć. A teraz czas nakarmić Azora dziczyzną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
