Lata temu, jeszcze w szkole podstawowej grywałem namiętnie w szachy. Wśród uczniowskiej braci toczyliśmy naprawdę zacięte pojedynki. Nad szachownicą tłoczyło się grono rozentuzjazmowanych kibiców przeżywających każde posunięcie. Czasem, któryś z nich krzyczał: "Ależ widzę ruch!" i cały podskakiwał z podniecenia siejąc zamęt w głowach graczy.
Mój poprzedni, jakże euforyczny wpis zakończony lekką nutą tajemniczości to poniekąd taki właśnie szczeniacki krzyk. Tryumfalne obwieszczenie światu, że widzę ruch! Ruch na blogowej szachownicy. Aby analogia była pełna, to w głowach innych blogerów teraz winno się kotłować. Wszystkie procesy myślowe powinny węszyć w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania: "Cóż on dostrzegł? Cóż on wymyślił?"
No właśnie, jakiż to pomysł wpadł mi do głowy podczas gdy cała Polska świętowała sukces naszych siatkarzy?
Otóż wymyśliłem nową i nieskromnie wydaje mi się, że dość ciekawą formułę bloga. Formułę z misją społeczną. Wyobraźmy sobie bloga, na którym opisuję życie ciężko chorego dziecka. Dajmy na to 8-letniej Małgosi chorej na białaczkę. Opisuję świat jej oczami. O tym, że jak śpi z ukochanym misiem to mniej ją boli. O tym, że wczoraj była z mamą w sklepie i niestety zabrakło pieniążków na nową lalkę, bo przecież trzeba oszczędzać i odkładać na zabieg. O tym, że pan doktor z siwą brodą podobny jest do Mikołaja tylko ubiór jakiś taki inny. O tym, że coraz rzadziej chodzi do szkoły i że chciałaby się bawić z innymi dziećmi, ale sił często brak. O tym, że zazdrości Tomkowi (starszemu bratu) tego, że wyjechał na obóz nad morze....
W wielkim skrócie autentyczny i przejmujący obraz. Obraz życia trapionego chorobą, niewinnego dziecka. Coś w stylu książki "Chce się żyć".
Czytelnik z każdym postem zgrabnie wciągany jest w tę wzruszającą historię. Zupełnie naturalnym odruchem staje się chęć niesienia pomocy, chęć okazania wsparcia lub najzwyczajniej chęć przekazania pieniędzy. I tu jest clou sprawy! Tylko ja wiem kim jest mała Małgosia! I ja tego nikomu wprost nie powiem. To kolejne posty odsłaniają nowe fakty i określają coraz precyzyjniej kontekst. Chcesz pomóc to czytaj uważnie, wyłapuj wskazówki i zostań detektywem na tropie ludzi potrzebujących pomocy! Sam odnajdź Małgosię!
Ot taki pomysł! Jak się podoba to można ukraść, bo ja z nim pewnie nic nie zrobię.
poniedziałek, 22 września 2014
niedziela, 21 września 2014
Mamy złoto!
Otumaniona facjata to objaw psychicznego wycieńczenia. Psychiczne wycieńczenie to z kolei owoc długotrwałej nadprodukcji myśli, czyli sytuacji, w której mózg rodzi więcej myśli niż sam jest w stanie przetworzyć. Synapsy się grzeją, kora się wypiętrza, istota szara czernieje, hipokamp tężeje - jednym słowem totalny rozpierdol.
Mamy złoto! - pomyślałem sobie i uśmiechnąłem się pod nosem. Ucieszyłem się z tego uśmiechu bardziej niż ze złota. To jakiś taki mały wyłom na moim ponurym obliczu. Po chwili jednak moja mimika powróciła do tępego i nijakiego stanu wyjściowego.
I wydawać by się mogło, że w takim stanie to już ni hu hu! Nic tylko się zahibernować i czekać na lepsze czasy. Zniknąć w szufladzie lodowej i oszczędzić światu swojej bezbarwności!
A jednak to właśnie w takim stanie wpadłem na pewien pomysł! Nie wiem czy dobry czy kiepski, ale z pewnością intrygujący. Wpadłem na pomysł na bloga!
I wydawać by się mogło, że w takim stanie to już ni hu hu! Nic tylko się zahibernować i czekać na lepsze czasy. Zniknąć w szufladzie lodowej i oszczędzić światu swojej bezbarwności!
A jednak to właśnie w takim stanie wpadłem na pewien pomysł! Nie wiem czy dobry czy kiepski, ale z pewnością intrygujący. Wpadłem na pomysł na bloga!
poniedziałek, 15 września 2014
Jesień
Idzie jesień. A tuż przy niej wiadomo, drepcze mała, szara, wredna pizda, o imieniu Deprecha. I wywraca świńskimi oczkami czyhając na moment naszej nieuwagi. Czai się, by znienacka jednym susem wbić się w nasz krwiobieg i wtłoczyć do niego cierpką toksynę.
I na nic grube płaszcze, na nic ciepłe szale,
Na nic też rajtuzy, leginsy, korale
Deprecha już zaciera swoje tarcze tnące
I czeka niecierpliwie aż osłabnie słońce
I ciach i sru!
I bach i w ruch!
Ruszyła maszyna po liściach niedbale
W dziupli ma centralnie nasz środkowy palec
Nic jej nie poskromi, nic jej nie powstrzyma
No chyba, że zima!
*****
Na jesień odzywa się we mnie jakiś taki pierwiastek liryczny. Zdaje się, że to już. Wybaczcie! Z innych ciekawostek, to czasami, głównie w listopadowe wieczory, wydaje mi się, że mam na imię Ildefons. Całkiem niekiepsko, prawda?
piątek, 12 września 2014
Miłość
Najtrudniej jest kochać tych, którzy miłości potrzebują najbardziej.
Na taką oto mądrość natrafiłem ostatnio. Proszę przeczytać ją raz jeszcze, powoli.
Nie będę roztrząsał, czy jest to mądrość wielkiego kalibru czy też prostackie generalizowanie wysnute na podstawie kilku przypadków. Tak czy owak, ludzie trudni, z emocjonalnymi wyrwami skrzętnie skrywanymi pod skorupą dzielności łakną miłości. Łakną miłości chyba bardziej niż inni, wręcz drapieżnie.
No dobrze, a kogo jest kochać najłatwiej? (oprócz słitaśnego trzymiesięcznego szczeniaka).
Zdecydowanie ludzi sprawnych fizycznie, zdrowych emocjonalnie, radosnych, do tego pięknych, z mnóstwem talentów, wrażliwych i dobrych. Choć nie! Dobrych niekoniecznie!
A teraz czas na ćwiczenie. Proszę spośród znajomych lub przyjaciół wybrać kilka osób i zastanowić się, do której grupy one należą. Można śmiało wybrać też mnie. Będę zaszczycony.
I jak? Trafił ktoś do kategorii słitaśnych szczeniaków? Czy wszyscy wpadli do wygłodniałych drapieżników z wyrwami i skorupami?
A sami siebie jak postrzegamy? Trudno nas kochać czy łatwo? A może da się coś zrobić, aby kochać nas było łatwiej?
Zwłaszcza to ostatnie pytanie jest nurtujące. Mocowałem się z nim długo. Szukałem i głowiłem się nad tym, jakie podjąć kroki, aby dokonać w sobie korzystnej transformacji.
Koniec końców..... zapisałem się na siłownię.
wtorek, 19 sierpnia 2014
Rowery - część III (ostatnia)
Słuchałem ostatnio w Trójce programu o jakieś niby nieziemskiej wyprawie rowerowej i uświadomiłem sobie, że jest to temat kompletnie nieradiowy. Mimo wszelkich prób reportera, aby uczynić akcję wartką, z głośników wiało makabryczną nudą. Im więcej szczegółów, tym gorzej. Nuda, nuda, nuda!
I wiecie co? Nie chce mi się już pisać o rowerach!
Zresztą mam nieodparte wrażenie, że wyprawa rowerowa to też temat mało blogowy. Już wymyśliłem Azora, krokodyla i anakondę, aby się coś działo. I co? Nuda. Oczywiście, w kolejnych odsłonach mógłbym rozpisywać się o tym jak udusiliśmy niedźwiedzia bidonem i nabili dwa dziki na jedną szprychę, ale mi się zwyczajnie nie chce.
Fakty są takie, że spędziliśmy na rowerach jeszcze siedem wspaniałych dni. Dni pełnych radości i beztroski, a przy tym tak absorbujących, że nie było czasu na najkrótsze wyprawy myślami ku temu, co w domu lub w pracy. Każdy dzień inny, improwizowany. Totalne "tu i teraz". Totalny "reset". I to jest w tym wszystkim najważniejsze!
Wkrótce dodam parę zdjęć. A teraz czas nakarmić Azora dziczyzną.
piątek, 8 sierpnia 2014
Rowery - część II
Ranek był leniwy i niemrawy. Jedynie mój mózg usilnie próbował znaleźć odpowiedź, co stało się z krokodylimi kośćmi. Z zamyślenia wyrwał mnie doskonale mi znany, dochodzący z pobliskich krzaków dźwięk - przeraźliwe beknięcie Azora. A to psia morda! Nie dość, że na gapę wtryndolił się nam na wakacje, to jeszcze maniery prezentuje iście żulerskie. Nikomu jednak jego bytności nie zdradziłem i beknięcie wziąłem na siebie.
Spakowaliśmy majdan i ruszyliśmy dalej. Azor, szkolony w służbach specjalnych, mistrz podchodów i kamuflażu działał perfekcyjnie. Wskakiwał na bagażnik ostatniego w szyku i z kocią gracją, niepostrzeżenie przeskakiwał z roweru na rower, gdy tylko dochodziło do zmian w peletonie.
Zalew Klimkówka naprawdę jest malowniczy. Niestety niemal cały zachodni brzeg jeziora zaanektowali prywaciarze i marzenie o wciągnięciu śniadania nad wodą udało się dopiero spełnić około godziny 11 w Uściu Gorlickim. Piknik niemal jak z obrazu Maneta. Żarliśmy bez opamiętania. Łapczywie, ale z manierami. Kroiliśmy i smarowaliśmy. No właśnie, jeden nóż na cztery osoby musiał stać się źródłem konfliktu. O dziwo, nie poróżniło nas to, kto ma komu nóż przekazać, ale sama technika tejże operacji. Zapamiętujemy: "Noża nie podajemy ostrzem! To grozi zranieniem lub co gorsza awanturą!"
Po śniadaniu ruszyliśmy mozolnie ku wsi Regietów. Upał niemiłosierny. Pić się chce. Sklepów nie ma. Dopadł nas kryzys i zniechęcenie. Tempo poruszania się spadało. Siodełko coraz śmielej uciskało wrażliwe punkty. Ból, pot i rozpacz! Psycha siadała. Słońce skutecznie wytapiało resztki motywacji. Pierwszy pękł Krzyś i jął szarpać wyrwaną z drewnianej chaty łemkowską babulinkę. "Pani, gdzie tu je piwo?" - krzyczał łamiącym się głosem i wbił w nią suche jak pieprz spojrzenie.
Informacja, że ponoć jest w stadninie, w Regietowie była jak zastrzyk EPO. Niemrawość przerodziła się w ruchliwość, powłóczenie pedałami zastąpił żwawy kłus a mglista wizja złocistego trunku z pianą nabrała realnych kształtów. Wszyscy pomknęli jak oszalali. Ja obejrzałem się jeszcze za siebie. Na pierwszym planie niewzruszony Azor lizał sobie szeroko rozumiane podbrzusze, na dalszym - babulinka, posłanka cudownej nowiny zataczała się lekko po tym, jak przydzwoniła w nadproże aureolą.
Jeszcze kilka kilometrów nieludzkiej walki, jeszcze podjazd, zjazd, dwa zakręty i byliśmy na miejscu. Pragnienie ugaszone. Ugaszone po pięciokroć!
Na lekkim rauszu cwałujemy dalej, do bazy biwakowej w Radocynie. W spożywczaku przydrożnym dokonujemy jeszcze zakupów na wieczorną bibkę i doraźnie podbijamy stan błogości o dwie kolejne jednostki chmielne. Jest lekkość, radość, beztroska, jedynie polna droga zdaje się być zbyt wąska. Ale co tam. Chce się znowu żyć! (i chce się znowu sikać!).
Wieczorna biesiada przy namiotach obfitowała w ponadczasowe mądrości, istna filozoficzno-strukturalna analiza zawiłości ludzkiej psychiki. Niestety kompletnie nic z tej analizy nie pamiętam. W głowie została mi jedynie frywolna przyśpiewka "Radocyna, Radocyna! ktoś tam gdzieś tam się wypina".
Druga noc też bez misia.
Rowery - część I
Turystyka rowerowa to zło. Może nie tyle zło dla ciała, ale z pewnością zło dla dupy.
W zasadzie na tym mógłbym zakończyć relację z tegorocznej eskapady. Jest myśl. Jest przekaz. Jest pole do interpretacji. Może nawet i jest refleksja. Po co więc pisać dalej?
Ano po to, aby na ten przykład sięgnąć po literacką nagrodę Nobla! Niech zacne jury ma materiał do piania z zachwytu. Niech sobie tam w Sztokholmie radośnie ucztują nad Kocim Wentylem zatapiając się w kolejnych akapitach.
Jest rzecz jasna też inny, bardziej przyziemny powód. Ten sam, który napędzał Cejrowskiego do pisania sprawozdań z wypraw. Oczywiście chodzi o autolans i nakreślenie własnej zajebistości!
No to zaczynamy!
Po tygodniach morderczych treningów, obozów kondycyjnych, ścisłej dyscypliny żywieniowej przyszedł sądny dzień, dzień 26 lipca. To właśnie w imieniny Anny wypadał start wakacyjnej wyprawy rowerowej. Trzech żylastych, idealnie wyrzeźbionych mężczyzn, o wzorowej muskulaturze zapakowało swe rowery ekwipunkiem turystycznym, szczelnie wypełniając sześćdziesięciolitrowe sakwy! Atletyczne uda opięte lycrowymi cyklo-gaciami oraz łydki, których nie powstydziłby się Szurkowski Ryś przykuwały spojrzenia żegnającego nas pospólstwa. Ruszyliśmy w pełnym słońcu. Korby zatrzeszczały pod naporem stóp, łańcuchy napięły się do granic wytrzymałości, ramy zajęczały, koła się ugięły, a siodełka zaczęły swoją mozolną rzeźbę w skalistych pośladkach! Powiat bocheński wypełnił się naszym majestatem.
Ostra wspinaczka pod Nowy Wiśnicz, potem Muchówka, potem Łososina Dolna, Gródek nad Dunajcem i już na liczniku 4 piwa! Ruszamy dalej i mijamy kolejne mieściny kierując się na Szymbark. Gdzieś po drodze uzupełniamy płyny i przy płynie numer 6 pojawia się ona!
"Czy wy musicie tyle pić? Opamiętajcie się!" - krzyczy.
Basia, istota absolutnie niepotężna, nieżylasta i nieatletyczna jedzie z nami. Też ma rower, też ma ciężkie sakwy, też jedzie pod górę i pod wiatr - jedynie jakimś sposobem nie chleje tyle co my. Najwyraźniej się mniej poci - ot taki jej feler. Jak łatwo odgadnąć szybko stała się ona Orędowniczką naszego odwodnienia. Zupełnie sobie bimbała z pełnych przejęcia wyznań:
"Patrz, szóste piwo a ja jeszcze dzisiaj nie sikałem."
W końcu dojechaliśmy na free camp za Szymbarkiem. Kościsty krokodyl i dwie gorzkawe anakondy upolowane dętką rowerową i zatłuczone pompką musiały nam wystarczyć jako strawa kolacyjna. Na szczęście nikt nie kwestionował konieczności zapicia parszywego mięsiwa. Noc pod wiatą minęła bez przygód. Niedźwiedź przyjdzie później.
W zasadzie na tym mógłbym zakończyć relację z tegorocznej eskapady. Jest myśl. Jest przekaz. Jest pole do interpretacji. Może nawet i jest refleksja. Po co więc pisać dalej?
Ano po to, aby na ten przykład sięgnąć po literacką nagrodę Nobla! Niech zacne jury ma materiał do piania z zachwytu. Niech sobie tam w Sztokholmie radośnie ucztują nad Kocim Wentylem zatapiając się w kolejnych akapitach.
Jest rzecz jasna też inny, bardziej przyziemny powód. Ten sam, który napędzał Cejrowskiego do pisania sprawozdań z wypraw. Oczywiście chodzi o autolans i nakreślenie własnej zajebistości!
No to zaczynamy!
Po tygodniach morderczych treningów, obozów kondycyjnych, ścisłej dyscypliny żywieniowej przyszedł sądny dzień, dzień 26 lipca. To właśnie w imieniny Anny wypadał start wakacyjnej wyprawy rowerowej. Trzech żylastych, idealnie wyrzeźbionych mężczyzn, o wzorowej muskulaturze zapakowało swe rowery ekwipunkiem turystycznym, szczelnie wypełniając sześćdziesięciolitrowe sakwy! Atletyczne uda opięte lycrowymi cyklo-gaciami oraz łydki, których nie powstydziłby się Szurkowski Ryś przykuwały spojrzenia żegnającego nas pospólstwa. Ruszyliśmy w pełnym słońcu. Korby zatrzeszczały pod naporem stóp, łańcuchy napięły się do granic wytrzymałości, ramy zajęczały, koła się ugięły, a siodełka zaczęły swoją mozolną rzeźbę w skalistych pośladkach! Powiat bocheński wypełnił się naszym majestatem.
Ostra wspinaczka pod Nowy Wiśnicz, potem Muchówka, potem Łososina Dolna, Gródek nad Dunajcem i już na liczniku 4 piwa! Ruszamy dalej i mijamy kolejne mieściny kierując się na Szymbark. Gdzieś po drodze uzupełniamy płyny i przy płynie numer 6 pojawia się ona!
"Czy wy musicie tyle pić? Opamiętajcie się!" - krzyczy.
Basia, istota absolutnie niepotężna, nieżylasta i nieatletyczna jedzie z nami. Też ma rower, też ma ciężkie sakwy, też jedzie pod górę i pod wiatr - jedynie jakimś sposobem nie chleje tyle co my. Najwyraźniej się mniej poci - ot taki jej feler. Jak łatwo odgadnąć szybko stała się ona Orędowniczką naszego odwodnienia. Zupełnie sobie bimbała z pełnych przejęcia wyznań:
"Patrz, szóste piwo a ja jeszcze dzisiaj nie sikałem."
W końcu dojechaliśmy na free camp za Szymbarkiem. Kościsty krokodyl i dwie gorzkawe anakondy upolowane dętką rowerową i zatłuczone pompką musiały nam wystarczyć jako strawa kolacyjna. Na szczęście nikt nie kwestionował konieczności zapicia parszywego mięsiwa. Noc pod wiatą minęła bez przygód. Niedźwiedź przyjdzie później.
Subskrybuj:
Posty (Atom)