Zawijam na poświąteczną biesiadę do przyjaciół. Trzeba dojeść i dopić pozostałości z bożonarodzeniowego stołu. Mocno zmrożona wódka wypełnia kieliszki. Śledzie nabite na widelce gotowe do boju. I ognia! I siup! Wchodzi idealnie. I już gęstym, oleistym strumieniem napełnia się następna kolejka. Tempo wysokie. Inaczej być nie może, jestem przecież w porządnym, polskim, katolickim domu. Tu nie dba się tylko o porządek i wystrój. Tu dba się o to, aby świąteczna moc rozpalała też wnętrze!
Pierwsza duża bitwa za nami. Druga i trzecia się mrozi. Idziemy stroić gitary.
Daj mi E basowe! Daję E. Daj mi A! Daję E - jakże te samogłoski podobne są czasem do siebie. W końcu się udaje. Lecimy ze śpiewnika wszystko po kolei: "Do szopy", "Lulajże", "Wśród nocnej" itd. Ten śpiewnik to jakieś ambitne opracowanie. Zbyt ambitne. Akordy rozpisane są bardzo skrupulatnie. W locie sobie je upraszczamy i redukujemy do trzech, góra do czterech. Każdy do innych. Mimo wszystko brzmimy wybitnie. W muzycznej nomenklaturze zdecydowanie gramy "con fuoco".
Ojciec kumpla, rocznik 1938, przestaje śpiewać. Macha ręką i mówi: Zostawcie te gitary i chodźmy się napić. Starszyzny słuchamy - zwłaszcza w słusznej sprawie. I znowu walczymy. Bitwy numer dwa i trzy ciągną się dłużej. Dobija czwarta rano. Przy stole wciąż siedzi ciocia, rocznik 1917! Najstarsza osoba jaką znam. To nasza wielka fanka! Uwielbia nas i kocha nasze muzykowanie. Pije z nami. W jej naparstku jest jednak biovital. Rozmowa słabo się klei. Wszystko wskazuje na to, że ciocia jest kompletnie głucha.
Przystępujemy do koncertu finałowego. Gramy szlagiery: "Pa pa pa pa, pa pa pa pa" Skaldów (to takie o janosikach i Kmicicu) i Last Christmas (coś chyba o około świątecznej miłości Dżordża M.). Po każdym wykonaniu wcielamy się w publiczność, oklaskujemy swój występ, piszczymy i krzyczymy: "bis!".
W końcu odrywamy ciocię od kielicha i kładziemy do spania. Rocznik 1938 ranny podczas ostatniej bitwy i ogłuszony Dżordżem M. legł sam.
Dwóch wybitnych muzyków ostałych na placu boju przystępuje do nieplanowanej bitwy numer 4. Nieprzyjaciel jest mocny i rudy. Coli za mało. W połowie walki kapitulujemy. Wyczołgujemy się z okopów i pełzniemy w kierunku łóżek. Łóżka są pościelone. To miłe, ale jesteśmy w końcu w porządnym, polskim, katolickim domu.
poniedziałek, 29 grudnia 2014
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Prezenty
Dla siostry piłka nożna.
Dla taty krem pod oczy.
Dla mamy zestaw wierteł.
Hmm... Takie czasy.
Dla taty krem pod oczy.
Dla mamy zestaw wierteł.
Hmm... Takie czasy.
Ida
Wyróżnienia, nagrody, nominacje, Oskary... te wszystkie słowa padają ostatnio w kontekście filmu "Ida". Jako bloger z aspiracjami celebryckimi nie mogłem zatem nie obejrzeć. Jestem świeżo po seansie i przyznaję, że film jest dobry! Jest poruszający, smutny, przygnębiający, ale nie ma w sobie nic - a na to jestem potwornie wyczulony - z wyciskacza łez. W szczególności nie ma w nim karykaturalnego piętrzenia nieszczęść i innych tanich chwytów, których jedynym celem jest wzbudzenie u widza litości i współczucia.
W ogóle to rzadko chodzę do kina. Tym razem wybrałem się "Pod Barany". Przed seansem tłum osób nerwowo oczekuje na otwarcie sali. Średnia wieku wysoka. Zawyżona znacząco przez leciwe damy w beretach. W końcu drzwi się otwierają. Tłum rusza do szturmu i napiera na cherlawego biletera. Mam przez chwilę wrażenie, że grupa widzów przybiegła tutaj prosto z lidlowej promocji karpia. "Już się chyba zaczęło" - podgrzewam atmosferę. W końcu jesteśmy w środku. Siadamy. Pełna sala. Ludzie gadają, wiercą się jak banda uczniów z niższych klas szkoły podstawowej. Nie ma reklam. Puszczają Idę. Jarmark stopniowo gaśnie.
Ida nie ściska znienacka za gardło. Ida jest strumieniem, który powoli, równomiernie ściska wszystko. Przynajmniej mnie jakoś zgniotło i autentycznie przygnębiło.
Po ostatniej scenie salę kinową przeszło jakieś westchnienie ulgi i zapanowała kompletna cisza. Wszyscy siedzą przytłoczeni balastem, który wchłonęli z ekranu. Gdyby z ostatniego rzędu ktoś ryknął z radosnym, pijackim zaśpiewem: "Kurwa, ale to piękne było!" to byłby moim bohaterem! - ale ja jestem trochę zryty i lubię spontaniczne, mocne kontrasty.
Są też dwie sprawy, które mnie w samym filmie trochę drażniły. Myślę, że ambitne, dobre kino nie musi sięgać po wyeksploatowaną tematykę homoseksualną czy żydowską. To taki tani chwyt komercyjny, który ma być trampoliną do rozgłosu i sukcesu. Przy scenie, w której widz dowiaduje się, że Ida jest Żydówką pomyślałem sobie: "szkoda, że nie lesbą". I ta myśl to nie jest owoc braku tolerancji, to ewidentnie zmęczenie materiału.
Druga sprawa to nietypowy format jak i samo kadrowanie. Z jednej strony zawężenie ekranu ogniskuje uwagę widza na tym, co ważne, z drugiej - kadrowanie, które często wycina pół postaci pod koniec seansu zaczęło mnie drażnić i męczyć. Odbierałem to jako zbyt mocno dominującą formę nad treścią. Można to było chyba zrobić subtelniej.
Ale to naprawdę drobiazgi, może nawet czepialstwo. Na pewno film warto zobaczyć. I przestrzegam stanowczo, że nie nadaje się on na aperitif przed sylwestrową balangą.
W ogóle to rzadko chodzę do kina. Tym razem wybrałem się "Pod Barany". Przed seansem tłum osób nerwowo oczekuje na otwarcie sali. Średnia wieku wysoka. Zawyżona znacząco przez leciwe damy w beretach. W końcu drzwi się otwierają. Tłum rusza do szturmu i napiera na cherlawego biletera. Mam przez chwilę wrażenie, że grupa widzów przybiegła tutaj prosto z lidlowej promocji karpia. "Już się chyba zaczęło" - podgrzewam atmosferę. W końcu jesteśmy w środku. Siadamy. Pełna sala. Ludzie gadają, wiercą się jak banda uczniów z niższych klas szkoły podstawowej. Nie ma reklam. Puszczają Idę. Jarmark stopniowo gaśnie.
Ida nie ściska znienacka za gardło. Ida jest strumieniem, który powoli, równomiernie ściska wszystko. Przynajmniej mnie jakoś zgniotło i autentycznie przygnębiło.
Po ostatniej scenie salę kinową przeszło jakieś westchnienie ulgi i zapanowała kompletna cisza. Wszyscy siedzą przytłoczeni balastem, który wchłonęli z ekranu. Gdyby z ostatniego rzędu ktoś ryknął z radosnym, pijackim zaśpiewem: "Kurwa, ale to piękne było!" to byłby moim bohaterem! - ale ja jestem trochę zryty i lubię spontaniczne, mocne kontrasty.
Są też dwie sprawy, które mnie w samym filmie trochę drażniły. Myślę, że ambitne, dobre kino nie musi sięgać po wyeksploatowaną tematykę homoseksualną czy żydowską. To taki tani chwyt komercyjny, który ma być trampoliną do rozgłosu i sukcesu. Przy scenie, w której widz dowiaduje się, że Ida jest Żydówką pomyślałem sobie: "szkoda, że nie lesbą". I ta myśl to nie jest owoc braku tolerancji, to ewidentnie zmęczenie materiału.
Druga sprawa to nietypowy format jak i samo kadrowanie. Z jednej strony zawężenie ekranu ogniskuje uwagę widza na tym, co ważne, z drugiej - kadrowanie, które często wycina pół postaci pod koniec seansu zaczęło mnie drażnić i męczyć. Odbierałem to jako zbyt mocno dominującą formę nad treścią. Można to było chyba zrobić subtelniej.
Ale to naprawdę drobiazgi, może nawet czepialstwo. Na pewno film warto zobaczyć. I przestrzegam stanowczo, że nie nadaje się on na aperitif przed sylwestrową balangą.
środa, 17 grudnia 2014
Mikołaj
Podczas wróżb andrzejkowych pomyślałem sobie, że listopad to jest taka szara masa z dwóch stron zakończona woskiem. Z jednej strony kremowy wosk cmentarny, z drugiej bardziej szlachetny, taki z świecy domowej. I z tego szlachetniejszego lepiszcza (a konkretnie z gromnicy) wywróżyłem sobie przyszłość świetlaną. Pierwszą figurą unoszącą się na tafli wody w niewielkim rondelku była kobyła, drugą - była kamera, a trzecia przypominała kapelusz. Niechybnie będę kręcił westerny!
Święta na Dzikim Zachodzie! W samo południe ludność miasteczka West Point odrywa się od patroszenia karpi i wychodzi na ulicę. Tu Święty Mikołaj w pięknym, choć lekko przykurzonym płaszczu wiąże renifery do werandy przy sklepiku z suwenirami. Po drugiej stronie, w wahadłowych drzwiach Saloonu pojawia się czarny charakter w śnieżnobiałym uniformie. To lokalny zawadiaka i zbir, znany jako Dziadek Mróz. Mierzy przybysza wzrokiem i w końcu ochrypłym acz donośnym głosem przemawia.
- Nic tu po tobie! Sadzaj swe tłuste dupsko na te dwie jeleniowate szkapy i wyjazd z mojego miasta Czerwona Gnido!
- O ho ho ho - odpowiada Mikołaj niskim, dźwięcznym głosem, znanym skądinąd z reklam coca-coli. Uśmiecha się serdecznie. - Ja tylko wpadłem kupić prezenty i już się zbieram.
- Nic tu nie kupisz! - Dziadek Mróz kładzie dłoń na prawym biodrze i odsłania srebrzystego colta.
Chwilę jeszcze gadają, walczą na spojrzenia, groźne miny, gesty i wyzwiska. Tłum gapiów śledzi z uwagą jak nakręca się ta potężna spirala nienawiści. W końcu pada inwektywa, która oznacza przejście od słów do czynów. Oznacza pojedynek!
Ludzie rozchodzą się i wracają do patroszenia ryb i lepienia uszów. Dwaj sekundanci ciągną za nogi podziurawionego jak sito Dziadka Mroza w kierunku szopy miejscowego znachora i tak nieśmiało komentują minione zdarzenia:
- Cóż zrobić. Znowu będą święta bez śniegu!
- Niepotrzebnie mu z tym pedałem wyjechał.
czwartek, 13 listopada 2014
W górach przyszło natchnienie... bójcie się!
Zlekceważyłem jedno grzęzawisko
I przemoczyłem serce
Już nie zapłonie więcej
Pierdolę kurwa wszystko!
Przemokły też skarpety
Jebany los poety!
Oczywiście jestem bardzo dumny z siebie.
Czy można być recenzentem własnej pracy? Można! Bo kto mi zabroni?! A zatem recenzja:
No cóż, mamy tu do czynienia z dziełem, które ciężko zaklasyfikować. Można domniemywać, że autor czerpał inspirację z własnego łazęgostwa i niezdarności. Najzwyczajniej rzecz ujmując, jest to owoc frustracji, która rozsadzała łamagę po wdepnięciu w kałużę. Nieudolna próba transpozycji buta na serce jest tanim chwytem, który bardziej drażni niż zachwyca. O ile jednak pierwsze trzy wersy niosą jeszcze jakieś szczątki liryzmu, o tyle trzy kolejne nie niosą już kompletnie niczego - no chyba, że interesuje nas muł z wspomnianego grzęzawiska. Przesycenie wulgaryzmami jest niewątpliwie przejawem indolencji twórczej i braku koncepcji. Szkoda, że opętani megalomanią "twórcy" takimi literackimi wymiocinami zaśmiecają przestrzeń publiczną.
Dalej jestem z siebie dumny!
sobota, 8 listopada 2014
Spotkanie klasowe
Wczoraj spotkanie klasowe, dzisiaj ogromny kac. Leżę.
Takie spotkanie po latach to dziwna sprawa, niby się wszystkich zna, a jednak wszyscy jacyś obcy.
Pulsuje mi w skroniach. Wyobrażam sobie, że poduszka jest kobiecym ciałem - najlepiej ciałem lodowatej, północno-skandynawskiej blondyny! Przylegam do jej ikeowskich tatuaży czołem i twarzą. Jest ciut lepiej, ale tylko ciut, bo nie mogę oddychać. Przekręcam się znowu na plecy. Patrzę w sufit. Jeden, dwa, trzy, cztery... - liczę wypite piwa - pięć, sześć, siedem... Nieważne. Znowu za dużo.
Kanalizuję energię całego wszechświata i wtłaczam ją w swoje ciało. "Nie ruszaj się nigdzie. Zaraz do Ciebie wrócę." - mówię zawadiacko do poduszki i z grymasem zwlekam się z wyra. Jak pokurcz zmierzam do kuchni, a wszechświat bezszelestnie wysysa ze mnie wszystko, co przed chwilą mu ukradłem.
W lodówce udaje się upolować Danio. Zaciągam ofiarę do legowiska i tam ją pożeram. Jak zwierz, jak drapieżnik! Jest zimna i waniliowa. Nasycony wtulam się w puszystość ukochanej.
Szkoda dnia. Trzeba coś zrobić. - jakiś głos rozsądku przebija się do mojej świadomości i zakłóca mi błogość. Najlepiej w takiej sytuacji jest zrobić pranie. Nastawiam ciemne i wracam do wyra. Leżę jak leżałem i już dnia nie marnuję. Pralka buczy. Rozsądek oszukany fortelem!
Wielki świder wjeżdża mi przez ucho w sam środek mózgu. Pralka wiruje. Rozpirza wszystko w mojej głowie. Miksuje. To w lewo, to w prawo. Mózgopodobna breja staje się jednolita. Jeszcze jakiś świst, cyknięcie i cisza. Totalna cisza.
Ciemne pranie to był zły wybór. Fura ciuchów i w chuj skarpetek. Nie lubię wieszać tych małych pizd. W ogóle nie lubię wieszać. Mogłem zacząć od czerwonego.
Wieszam mozolnie, powoli i ciasno. Skarpetka przy skarpetce, majtki przy majtkach, Z utrapioną miną zaspokajam głos rozsądku. Udaje się. Wszystko wisi.
Nastawiam jasne i przystępuję do brawurowej akcji: jajecznica!
Jaja są dobre na wszystko. W jaja naprawdę wierzę. Skandynawska piękność łypie z łóżka w stronę patelni i przygryza lubieżnie brzeg poszewki. Ech, ponosi chyba fantazja szwedzkiego kurwiszona!
Następne spotkanie klasowe za lat piętnaście. Czuwaj!
Takie spotkanie po latach to dziwna sprawa, niby się wszystkich zna, a jednak wszyscy jacyś obcy.
Pulsuje mi w skroniach. Wyobrażam sobie, że poduszka jest kobiecym ciałem - najlepiej ciałem lodowatej, północno-skandynawskiej blondyny! Przylegam do jej ikeowskich tatuaży czołem i twarzą. Jest ciut lepiej, ale tylko ciut, bo nie mogę oddychać. Przekręcam się znowu na plecy. Patrzę w sufit. Jeden, dwa, trzy, cztery... - liczę wypite piwa - pięć, sześć, siedem... Nieważne. Znowu za dużo.
Kanalizuję energię całego wszechświata i wtłaczam ją w swoje ciało. "Nie ruszaj się nigdzie. Zaraz do Ciebie wrócę." - mówię zawadiacko do poduszki i z grymasem zwlekam się z wyra. Jak pokurcz zmierzam do kuchni, a wszechświat bezszelestnie wysysa ze mnie wszystko, co przed chwilą mu ukradłem.
W lodówce udaje się upolować Danio. Zaciągam ofiarę do legowiska i tam ją pożeram. Jak zwierz, jak drapieżnik! Jest zimna i waniliowa. Nasycony wtulam się w puszystość ukochanej.
Szkoda dnia. Trzeba coś zrobić. - jakiś głos rozsądku przebija się do mojej świadomości i zakłóca mi błogość. Najlepiej w takiej sytuacji jest zrobić pranie. Nastawiam ciemne i wracam do wyra. Leżę jak leżałem i już dnia nie marnuję. Pralka buczy. Rozsądek oszukany fortelem!
Wielki świder wjeżdża mi przez ucho w sam środek mózgu. Pralka wiruje. Rozpirza wszystko w mojej głowie. Miksuje. To w lewo, to w prawo. Mózgopodobna breja staje się jednolita. Jeszcze jakiś świst, cyknięcie i cisza. Totalna cisza.
Ciemne pranie to był zły wybór. Fura ciuchów i w chuj skarpetek. Nie lubię wieszać tych małych pizd. W ogóle nie lubię wieszać. Mogłem zacząć od czerwonego.
Wieszam mozolnie, powoli i ciasno. Skarpetka przy skarpetce, majtki przy majtkach, Z utrapioną miną zaspokajam głos rozsądku. Udaje się. Wszystko wisi.
Nastawiam jasne i przystępuję do brawurowej akcji: jajecznica!
Jaja są dobre na wszystko. W jaja naprawdę wierzę. Skandynawska piękność łypie z łóżka w stronę patelni i przygryza lubieżnie brzeg poszewki. Ech, ponosi chyba fantazja szwedzkiego kurwiszona!
Następne spotkanie klasowe za lat piętnaście. Czuwaj!
niedziela, 26 października 2014
Jesienią gotujemy zupy
Jesień to czas refleksji i zadumy. Czas, w którym nasze myśli stymulowane nędzą krajobrazu chętnie opuszczają codzienny grajdołek w poszukiwaniu głębszego sensu. Uciekają gdzieś hen daleko szukając odpowiedniej perspektywy, aby ogarnąć nasze jestestwo.
Dbajmy jednak o to, aby ta ich ucieczka była kontrolowana. Niech będą niczym latawiec na mocnym sznurku. Nie pozwólmy im wzbić się zbyt wysoko! Jest bowiem realne ryzyko, że stamtąd dostrzec by mogły całkowitą iluzję teraźniejszości. A wtedy depresja, płacz, lament i ostatni sakrament.
Toteż zaduma i refleksja winna mieć wymiar lekko cucący, a nie nokautujący. Dlatego też dzisiaj, po tym krótkim filozoficznym dyrdymoleniu, zanurzymy się zupełnie w doczesności, a dokładniej, zanurzymy się w zupie pomidorowej.
Czas przygotowania: około 2 godzin.
Do zupy potrzebujemy:
Dbajmy jednak o to, aby ta ich ucieczka była kontrolowana. Niech będą niczym latawiec na mocnym sznurku. Nie pozwólmy im wzbić się zbyt wysoko! Jest bowiem realne ryzyko, że stamtąd dostrzec by mogły całkowitą iluzję teraźniejszości. A wtedy depresja, płacz, lament i ostatni sakrament.
Toteż zaduma i refleksja winna mieć wymiar lekko cucący, a nie nokautujący. Dlatego też dzisiaj, po tym krótkim filozoficznym dyrdymoleniu, zanurzymy się zupełnie w doczesności, a dokładniej, zanurzymy się w zupie pomidorowej.
Czas przygotowania: około 2 godzin.
Do zupy potrzebujemy:
- 1 naiwna osoba umiejąca gotować
- minimalne umiejętności aktorskie
- pieniądze na składniki (opcjonalnie)
Do naiwnej osoby dzwonimy i słabym głosem pytamy "Cześć, co tam słychać?" - przecinek w tej powitalnej kwestii zastępujemy przeraźliwym kaszlnięciem. Następnie w kilku zdaniach malujemy dramatyczny obraz naszej ciężkiej sytuacji, z naciskiem na nieporadność. Krótko mówiąc, na litość wabimy kucharza do naszej kuchni. W ostateczności, jak nie bardzo wychodzi, można sięgnąć po technikę "na nieżyjącą babcię". Z nostalgią w głosie mówimy: "Dawniej jak rozkładało mnie choróbsko to babcina pomidorówka stawiała mnie na nogi... szkoda, że to już wyłącznie wspomnienie..." i wypowiedź wieńczymy umęczonym westchnięciem. Wiem, że ta technika może budzić mieszane uczucia, ale skuteczności nie można jej odmówić.
Po około 60 minutach od dobrze przeprowadzonej rozmowy powinniśmy witać gościa z siatkami pełnymi zakupów. Oddajemy mu kuchnie, a sami wędrujemy do wyra i niecierpliwie czekamy. Po kolejnych 60 minutach zupa powinna być już gotowa. Wypełzamy spod kołdry, zwracamy gościowi pieniądze (o ile je mamy) i troskliwie mówiąc "nie chcę Cię zarazić" czule wypychamy go z mieszkania.
Udało się. Zaglądamy do garnka i uśmiechamy się do zupy. A zdarza się czasem, że zupa ów szelmowski uśmiech nam odwzajemnia.
Wiem. Jestem potworem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



