poniedziałek, 30 marca 2015

Infekcja

Wyławiam z dna garnka kolejny dorodny kawałek kurczaka. Nakładam na talerz. Jem. Popijam zupą. Następna porcja za osiem godzin.
Ot, taki mój sposób na antybiotyk bez recepty.
Pieprzę trochę, ale jutro już idę do lekarza. Nie chcę być gruby!


sobota, 21 marca 2015

Wiosna

Tyle myśli mam w głowie po przebudzeniu.
Czy śledzie sypiają w satynowej pościeli? Czy kret rano chowa głowę pod kołdrę? Czy jeż byłby w stanie zrobić mostek?...
Z tymi wszystkim znakami zapytania ruszam do pracy. Znowu na kilkanaście godzin. Tyram, tyram i tyram. Wieczorem wracam z mózgiem wywleczonym na lewą stronę. Kładę się spać a rano prześladują mnie te same myśli, które wlokę ze sobą do pracy. Pieprzony śledź, kret i jeż!
Coś się musiało zapętlić. Wierzę, że wiosenne słońce wyszarpie mnie z tej szajby i z tego transu.


niedziela, 18 stycznia 2015

Postrzał - część druga

Drzwi do pokoju rewolwerowca były otwarte. Ordynator przeładował klamkę i wszedł do środka. Ściany spływały krwią. Dwa trupy sanitariuszy leżały zaraz przy wejściu. Pacjent uciekł. Ordynator przyglądał się uważnie. Odnotował rozbite szkło i otwór w oknie dachowym. Zaklął szpetnie i zbiegł na dół. Przy wyjściu z budynku zastał portiera skulonego za automatem z wodą Eden. Od czasu do czasu się wychylał i nogą od krzesła ostrzeliwał dziedziniec. W dali znikała półnaga postać.

Trzydzieści minut później ta sama postać była już na ulicy Błon Pławnych 13 i naciskała przycisk domofonu z numerem 4. Nikt nie odpowiadał. Rewolwerowiec zniecierpliwiony wspiął się na palce i przez szybkę w górnej części drzwi próbował zajrzeć do środka kamiennicy. Wyciągał język na brodę licząc, że ten zabieg uczyni go wyższym. Im wyżej się wspinał tym bardziej komeżka odsłaniała nagi zad.

Po przeciwnej stronie ulicy, w budynku na pierwszym piętrze starszy jegomość instalował strzykawkę w rurze od odkurzacza. Parę sekund później bezszelestnie uchylił okno, zmrużył oko, nabrał powietrza jak puzonista przed solówką i wypalił prosto w rozciągniętego na drzwiach rewolwerowca. Strzykawka sprężyście wbiła się w prawy pośladek ofiary, Nie dłużej niż trzy sekundy później postać raniona strzykawką osunęła się na wycieraczkę; na szyi strzelca zaś wisiała rozentuzjazmowana Penelopa i całowała go po głowie gdzie popadnie. W końcu powiedziała: "Tatuniu uwielbiam patrzeć jak strzelasz."

***

Studenci psychiatrii wiedzą, że jest to historia jakich wiele. Typowe ćwiczenie na rozpoznanie dewiacji i zaburzeń. Można się zmierzyć z problemem i spróbować przypisać każdej postaci jednostkę chorobową. Studenci piątego roku radzą z tym sobie bez trudu. Potrafią nawet rozpoznać zaburzenie Pauli i samego autora.

***

Nikomu nie życzę postrzału. Każdy ruch głową to istna tortura. Po trzech dniach powoli na szczęście już puszcza. Jest nadzieja, że kolejne posty nie będą ociekać cierpieniem.



sobota, 17 stycznia 2015

Postrzał - część pierwsza

Piękna Penelopa leżała na brzuchu.  Zupełnie nie dbała o to, że czarna, smolista papa trwale wgryza się w jej kremowy szlafrok. Dyskretnie, przez dachowe okno zaglądała w głąb celi. On tam był. Groźny rewolwerowiec został zamknięty w pokoju bez klamek. Chodził tam i z powrotem, ubrany jedynie w przykrótką komeżkę. Jeszcze wczoraj obawiali się go wszyscy, dzisiaj był "pacjentem" na oddziale zamkniętym Specjalistycznego Szpitala Psychiatrycznego w Gąskach.

Nikt nie wiedział jak został schwytany, rozbrojony i osadzony. Ponoć trafiony został zastrzykiem przez snajpera służb weterynaryjnych. Tezę tę potwierdzała czerwona kropa na lewym pośladku otoczona pokaźnym fioletowym krwiakiem. To właśnie w to miejsce czujnie wpatrywała się teraz Penelopa.

Z kieszeni szlafroka wyjęła klej, dużego obwarzanka i małą, chromowaną klamkę zakupioną w Leroy Merlin. Obwarzanka przykleiła płasko do szyby, a klamkę włożyła do jego środka. Do klamki dołączyła małą karteczkę z wiadomością: "ul. Błon Pławnych 13/4 Gąski. Kocham. Czekam. P." Popatrzyła jeszcze raz przez okno w dół i rozklejona cichutko zaśpiewała własny, ciut perwersyjny cover szlagieru Pauli Ignasiak:

Znalazłam Ciebie gdzieś na końcu świata
I wszystko już wiem
Szukałam całe dnie, miesiące, lata
I odnalazłam Cię

Ja wiem, że jesteś z tych
Co zapalają auta swe na pych
Chcę rzęchem i gruchotem być przy Tobie
Do końca swoich dni






Dnia następnego Penelopa rozmawiała w gabinecie z ordynatorem. Wysłuchiwała najnowszych zaleceń i zmian w protokole leczenia kalkulatywnej psychopatii dyssocjalnej. Myśli jej uciekały. Nim jednak zdążyła pomyśleć, czy ostrodziobe sroki wystukały już w dachowym oknie przerębel, do gabinetu wpadła pielęgniarka wrzeszcząc: Strzelanina na bloku zamkniętym! Ordynator zarzucił kitel, wyrwał dwie czarne klamki okienne i wybiegł na korytarz. Penelopa podwinęła kciuki i zacisnęła swe małe piąstki. Drżała z podniecenia.
c.d.n.



poniedziałek, 29 grudnia 2014

Kolędowanie

Zawijam na poświąteczną biesiadę do przyjaciół. Trzeba dojeść i dopić pozostałości z bożonarodzeniowego stołu. Mocno zmrożona wódka wypełnia kieliszki. Śledzie nabite na widelce gotowe do boju. I ognia! I siup! Wchodzi idealnie. I już gęstym, oleistym strumieniem napełnia się następna kolejka. Tempo wysokie. Inaczej być nie może, jestem przecież w porządnym, polskim, katolickim domu. Tu nie dba się tylko o porządek i wystrój. Tu dba się o to, aby świąteczna moc rozpalała też wnętrze!

Pierwsza duża bitwa za nami. Druga i trzecia się mrozi. Idziemy stroić gitary.
Daj mi E basowe! Daję E. Daj mi A! Daję E - jakże te samogłoski podobne są czasem do siebie. W końcu się udaje. Lecimy ze śpiewnika wszystko po kolei: "Do szopy", "Lulajże", "Wśród nocnej" itd. Ten śpiewnik to jakieś ambitne opracowanie. Zbyt ambitne. Akordy rozpisane są bardzo skrupulatnie. W locie sobie  je upraszczamy i redukujemy do trzech, góra do czterech. Każdy do innych. Mimo wszystko brzmimy wybitnie. W muzycznej nomenklaturze zdecydowanie gramy "con fuoco".

Ojciec kumpla, rocznik 1938, przestaje śpiewać. Macha ręką i mówi: Zostawcie te gitary i chodźmy się napić. Starszyzny słuchamy - zwłaszcza w słusznej sprawie. I znowu walczymy. Bitwy numer dwa i trzy ciągną się dłużej. Dobija czwarta rano. Przy stole wciąż siedzi ciocia, rocznik 1917! Najstarsza osoba jaką znam. To nasza wielka fanka! Uwielbia nas i kocha nasze muzykowanie. Pije z nami. W jej naparstku jest jednak biovital. Rozmowa słabo się klei. Wszystko wskazuje na to, że ciocia jest kompletnie głucha.

Przystępujemy do koncertu finałowego. Gramy szlagiery: "Pa pa pa pa, pa pa pa pa" Skaldów (to takie o janosikach i Kmicicu) i Last Christmas (coś chyba o około świątecznej miłości Dżordża M.). Po każdym wykonaniu wcielamy się w publiczność, oklaskujemy swój występ, piszczymy i krzyczymy: "bis!".

W końcu odrywamy ciocię od kielicha i kładziemy do spania. Rocznik 1938 ranny podczas ostatniej bitwy i ogłuszony Dżordżem M. legł sam.

Dwóch wybitnych muzyków ostałych na placu boju przystępuje do nieplanowanej bitwy numer 4. Nieprzyjaciel jest mocny i rudy. Coli za mało. W połowie walki kapitulujemy. Wyczołgujemy się z okopów i pełzniemy w kierunku łóżek. Łóżka są pościelone. To miłe, ale jesteśmy w końcu w porządnym, polskim, katolickim domu.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Prezenty

Dla siostry piłka nożna.
Dla taty krem pod oczy.
Dla mamy zestaw wierteł.

Hmm... Takie czasy.

Ida

Wyróżnienia, nagrody, nominacje, Oskary... te wszystkie słowa padają ostatnio w kontekście filmu "Ida". Jako bloger z aspiracjami celebryckimi nie mogłem zatem nie obejrzeć. Jestem świeżo po seansie i przyznaję, że film jest dobry! Jest poruszający, smutny, przygnębiający, ale nie ma w sobie nic - a na to jestem potwornie wyczulony - z wyciskacza łez. W szczególności nie ma w nim karykaturalnego piętrzenia nieszczęść i innych tanich chwytów, których jedynym celem jest wzbudzenie u widza litości i współczucia.

W ogóle to rzadko chodzę do kina. Tym razem wybrałem się "Pod Barany". Przed seansem tłum osób nerwowo oczekuje na otwarcie sali. Średnia wieku wysoka. Zawyżona znacząco przez leciwe damy w beretach. W końcu drzwi się otwierają. Tłum rusza do szturmu i napiera na cherlawego biletera. Mam przez chwilę wrażenie, że grupa widzów przybiegła tutaj prosto z lidlowej promocji karpia. "Już się chyba zaczęło" - podgrzewam atmosferę. W końcu jesteśmy w środku. Siadamy. Pełna sala. Ludzie gadają, wiercą się jak banda uczniów z niższych klas szkoły podstawowej. Nie ma reklam. Puszczają Idę. Jarmark stopniowo gaśnie.

Ida nie ściska znienacka za gardło. Ida jest strumieniem, który powoli, równomiernie ściska wszystko. Przynajmniej mnie jakoś zgniotło i autentycznie przygnębiło.

Po ostatniej scenie salę kinową przeszło jakieś westchnienie ulgi i zapanowała kompletna cisza. Wszyscy siedzą przytłoczeni balastem, który wchłonęli z ekranu.  Gdyby z ostatniego rzędu ktoś ryknął z radosnym, pijackim zaśpiewem: "Kurwa, ale to piękne było!" to byłby moim bohaterem! - ale ja jestem trochę zryty i lubię spontaniczne, mocne kontrasty.

Są też dwie sprawy, które mnie w samym filmie trochę drażniły. Myślę, że ambitne, dobre kino nie musi sięgać po wyeksploatowaną tematykę homoseksualną czy żydowską. To taki tani chwyt komercyjny, który ma być trampoliną do rozgłosu i sukcesu. Przy scenie, w której widz dowiaduje się, że Ida jest Żydówką pomyślałem sobie: "szkoda, że nie lesbą". I ta myśl to nie jest owoc braku tolerancji, to ewidentnie zmęczenie materiału.

Druga sprawa to  nietypowy format jak i samo kadrowanie. Z jednej strony zawężenie ekranu ogniskuje uwagę widza na tym, co ważne, z drugiej - kadrowanie, które często wycina pół postaci pod koniec seansu zaczęło mnie drażnić i męczyć. Odbierałem to jako zbyt mocno dominującą formę nad treścią. Można to było chyba zrobić subtelniej.

Ale to naprawdę drobiazgi, może nawet czepialstwo. Na pewno film warto zobaczyć. I przestrzegam stanowczo, że nie nadaje się on na aperitif przed sylwestrową balangą.