niedziela, 14 sierpnia 2016

Język ojczysty

Jestem już stęskniony za językiem rodzimym. Francuski jest ujmująco melodyjny, ale jakoś chciałoby się też język rozumieć a nie tylko zachwycać jego brzmieniem.  
W końcu jednak wracam do ukochanego Krakowa i znowu rozumiem. Całkiem bezwiednie podsłuchuję ludzi i przyswajam treści. Miłe uczucie. Znowu się jest wśród swoich. Gwar kawiarniany nie jest już niezrozumiałym gęgotem. To język ojczysty! Karmię nim dzielnie me uszy pełen głupiego zachwytu, aż nagle: 

 No, to o której będziesz?
 Co? Nie przyjedziesz!? Sorry, ale nie będę owijać w bawełnę: jesteś pizdą!
 Tak, wiem innym razem, ale dzisiaj mnie wystawiłaś. Jak się spotkamy to dostaniesz po ryju!

Krótko i w punkt. Dosadnie i konkretnie. Bez zbędnych umizgów i wymuszonej kurtuazji. Ot urocza pogawędka dwóch temperamentnych dam. 

Ja chcę do Francji!
 

niedziela, 3 lipca 2016

Po pępkówce

Bezwład totalny. Sam ci ja. Baśka na wczasach.

Może odsłonić okno? Wpuścić trochę światła, a z nim może i trochę życia w siebie. Ale to przecież trzeba by się podnieść i coś ubrać. Dwie podczynności, z czego ta druga obarczona jeszcze dylematem. No bo niby co ubrać? Czyste czy wczorajsze? Wczorajsze śmierdzi a przed ubraniem czystego to tak po prawdzie wypadałoby się umyć. A na mycie to zdecydowanie przedwcześnie. Wariant z odsłanianiem okna bez przyodziewku odrzucam - zbyt brawurowy.

Leżę i czekam. Różne myśli w głowie. Jakieś takie ślamazarne i mało odkrywcze. Ot na przykład nachodzi mnie refleksja, że prawdziwa siła nie pochodzi z mięśni. No bo przecież mięśnie mam a do sklepu iść się nie chce. No właśnie, to skąd pochodzi prawdziwa siła? Z serca chyba. Ale serce to przecież jednak mięsień. Tonę w błędnym kole paradoksów.

Trzmiel trzy trzonki trzymał.
Część chrząszczy coś chrzęści 
Siły jednak nie mam
Pisać dalszej części.  

Oho, na chwilę obudziło się we mnie jakieś liryczne super ego. Ono zawsze mnie przeraża. Tym razem wyraźnie czuć, że inspirację stanowiły zagadnienia nietrywialne, czuć bajroniczny bunt, mickiewiczowskie odklejenie i sztaudyngerowską woltę. Jednym słowem porażka.

Idę pod prysznic.

wtorek, 21 czerwca 2016

Euro

Dziś pójdę pobiegać. Szybko skrobnę na blogu, co tam u mnie słychać i oddam się oczyszczającej mocy joggingu. A zatem, Drodzy Czytelnicy, już karmię Was najnowszymi faktami. W ogrodzie pojawiły się dwa leżaki. Na jednym wyleguje się Baśka, na drugim - jej książki. W domu niezmącona babą atmosfera Euro. Streaming za streamingiem wciągam roziskrzonymi oczyma.  Sześć grup, w każdej cztery drużyny, każda drużyna to kilkunastu zawodników, do tego dochodzą mecze, bramki, kartki, wykluczenia, błędy sędziego... i ja to wszystko świetnie ogarniam. A przecież nierzadko oglądam i dokształcam się przy znikomej trzeźwości.
Ćwiczę pamięć. Bodźcuję synapsy. Fałduję korę. Stymuluję przysadkę. Napinam szyszynkę. Rozwijam się. Doskonalę. A to mi jeszcze miauczy z leżaka, że czas trwonię! I że szyszynka odpowiada za sen a nie za rozwój!

Ma leżak to niech leży! I się cieszy, że komarów nie ma. – tak jej powiedziałem.
Polska Biało - Czerwoni!


No to czas na jogging! A potem Hiszpania – Chorwacja, szlagier w grupie D. 

piątek, 6 maja 2016

Zgrzyty w piątkowy wieczór

Są takie magiczne momenty, kiedy człowiek czuje, że jest ponad wszelkimi problemami tego świata. Kiedy unosi się i buja w obłokach chillout'u. Kiedy akceptuje wszystko i wszystkich. Kiedy czerpie radość i błogość z każdej drobinki materii. A osiągnięta harmonia ciała i ducha daje zuchwałe poczucie stabilności stanu niebiańskiej beztroski. Poczucie, że idylla trwać będzie wiecznie.
Baśka siedzi w kuchni, sączy wino i chyba właśnie tak ma.

Ja jestem w pokoju. Siadam przy biurku. Odpalam kompa. Wchodzę na fejsa i mozolnie przewijam ścianę. Nic ciekawego. W drugiej zakładce uruchamiam meczyki, zacieram ręce i czekam.

I nim się mecz załaduje, z kuchni dochodzi mnie ponure milczenie roztrzaskiwanej nirwany.

sobota, 26 marca 2016

Koszyk

Od czasu do czasu wiatr delikatnie podwiewał białą serwetkę. W tych rzadkich chwilach czekoladowy zajączek z zaciekawieniem łypał okiem przez oka wiklinowego koszyka. Patrzył i utwierdzał się w przeświadczeniu, że świat zasadniczo składa się z płotów i ogrodzeń. Barykad zdecydowanie zbyt wysokich do pokonania, zwłaszcza, że od siedzenia na gorącej babce stracił całkowicie czucie w nadtopionych nogach.

Przez przeciwległą burtę, z pomiędzy bukszpanowych zarośli całkiem odważnie wychylał łeb cukrowy baran. Rozsadzało go wczesnowiosenne libido, pulsowało w nim życie i wzywał zew natury. Zerkał lubieżnie do innych koszyków. A tam wszędzie same barany! Wypindrzone, wymalowane, metroseksualne barany! Owiec ni chuja! Dramat nieludzki! Kebabie fatum! Wełniany los! Z trudem hamował bek rozpaczy, wzbierający w nim gdzieś tam na spodzie podbrzusza. Nie wypada przecież przy wielkiej sobocie i przy małym niewinnym kurczaku godowych lamentów odstawiać.

No właśnie, mały, żółty piankowy kurczak rozmiaru XS (z chowu taśmowego) usadowił się wysoko, tuż pod samym pałąkiem. Też nie było mu do śmiechu. Nie gdakał, nie gderał, nie kokosił się, ino bacznie patrzył: to na świat, to na wnętrze kosza, a szczególnie na ciemne jaja trącące cebulą. Te ostatnie nie dawały mu spokoju i rozbudzały w nim ksenofobiczne lęki. Po co takie jaja się rodzą? Po co to komu? No po co?  

Ot klasyczny polski koszyk: czarny zając, żółty kurczak, biały baran, śniade jaja. Smutki, lęki, brak perspektyw. Nasze polskie, monoetniczne multi kulti!

Z okazji świąt Wielkiej Nocy, życzę Wam Wszystkim dużo radości i optymizmu! Niech siła Zmartwychwstania poskromi w nas ten biadolący zwierzyniec! Alleluja!

Ore ore szabadabada amore :)




niedziela, 21 lutego 2016

Zmory

Luty ogłosiłem miesiącem trzeźwości. Nie piję. Nie piję już 21 dni. Brzmi to trochę jak wyznanie alkoholika. Chwilowa wstrzemięźliwość, która ma zbudować przekonanie, że problem alkoholizmu go nie dotyczy.

U mnie ta asceza raczej z innych pobudek: detoksykacja, odnowa biologiczna, przemiana jowialna, rewitalizacja gastralna z akcentem na odszlamienie mózgu i jelit. Jednym słowem transformacja. Wszystko to ma sprawić, że na wiosnę z suchego chabazia przepoczwarzę się w pięknego żonkila.

Póki co, łatwo jednak nie jest. Dopadają mnie wszelkie syndromy odstawienia, zespoły abstynenckie i inne tam takie. Do tego te ustawiczne podszepty szatana, że zdrowe życie nie warte jest funta kłaków i na domiar złego jest ono zupełnie wbrew naturze. Od czasu do czasu prześladują mnie też jakieś majaki, demony, potwory i zjawy. Jako dowód załączam zdjęcia.








Nie poddaję się jednak -  jeszcze tylko 8 dni!





sobota, 30 stycznia 2016

Grafomania - wprawki

Przystanął i przeglądnął się w przeszklonych drzwiach. Wygładził połacie marynarki i poprawił kapelusz. Przyglądał się sobie uważnie, ale nie znalazł już więcej żadnych uchybień. Nim wszedł wykręcił jeszcze ustami ósemkę i pociągnął znacząco nosem. Na sali czekał na niego rozentuzjazmowany tłum. Pewnym krokiem ruszył w kierunku mównicy. Podniosła się wrzawa. Starał się zachować chłód i trzeźwość umysłu. Nie udało się. Zatoczył się i wyjebał. Nastała cisza.

Błyszcząca tafla szkła flirtowała z jego dostojnym odbiciem. Stał i prężył się przed nią ponętnie, kokieteryjnie wygładzając mechate ubranie. Ustami malował zalotne łuki od minus do plus nieskończoności. Aż w końcu nakarmił swe nozdrza jej aromatem. To był zapach prawdziwej, zwierzęcej miłości - woń, która wymusza działanie. Ruszył ku niej, naparł, przylgnął i rozkołysał. Wydała najczystszy dźwięk uniesienia, który tylko niewprawne ucho mogło pomylić ze skrzypieniem starego zawiasu weneckich drzwi wahadłowych. Buzowało w niej wszystko. Chciała tę chwilę uczynić wiekuistą, chłonąć ją po wsze czasy, rozkoszować się i smakować absolutu, lecz jego już nie było. Przeszedł na drugą stronę. Z realnego świata lustrzanych odbić wkroczył w krainę cieni. Została sama. Przekorny los znowu z niej zadrwił. Odprowadziła go wzrokiem, a na jej ciele opary minionego, ulotnego uczucia skropliły się w małą gorzką, koślawą łzę, która leniwie zsuwała się ku dołowi. Pełzła zostawiając za sobą nieznośne mrowienie. Zatoczyła się jeszcze kreśląc melancholijny kontur przemijania i spadła. Nastała cisza.