wtorek, 19 sierpnia 2014

Rowery - część III (ostatnia)

Słuchałem ostatnio w Trójce programu o jakieś niby nieziemskiej wyprawie rowerowej i uświadomiłem sobie, że jest to temat kompletnie nieradiowy. Mimo wszelkich prób reportera, aby uczynić akcję wartką, z głośników wiało makabryczną nudą. Im więcej szczegółów, tym gorzej. Nuda, nuda, nuda!
I wiecie co? Nie chce mi się już pisać o rowerach!

Zresztą mam nieodparte wrażenie, że wyprawa rowerowa to też temat mało blogowy. Już wymyśliłem Azora, krokodyla i anakondę, aby się coś działo. I co? Nuda. Oczywiście, w kolejnych odsłonach mógłbym rozpisywać się o tym jak udusiliśmy niedźwiedzia bidonem i nabili dwa dziki na jedną szprychę, ale mi się zwyczajnie nie chce. 

Fakty są takie, że spędziliśmy na rowerach jeszcze siedem wspaniałych dni. Dni pełnych radości i beztroski, a przy tym tak absorbujących, że nie było czasu na najkrótsze wyprawy myślami ku temu, co w domu lub w pracy. Każdy dzień inny, improwizowany. Totalne "tu i teraz". Totalny "reset". I to jest w tym wszystkim najważniejsze!  

Wkrótce dodam parę zdjęć. A teraz czas nakarmić Azora dziczyzną. 

piątek, 8 sierpnia 2014

Rowery - część II

Ranek był leniwy i niemrawy. Jedynie mój mózg usilnie próbował znaleźć odpowiedź, co stało się z krokodylimi kośćmi. Z zamyślenia wyrwał mnie doskonale mi znany, dochodzący z pobliskich krzaków dźwięk - przeraźliwe beknięcie Azora. A to psia morda! Nie dość, że na gapę wtryndolił się nam na wakacje, to jeszcze maniery prezentuje iście żulerskie. Nikomu jednak jego bytności nie zdradziłem i beknięcie wziąłem na siebie.

Spakowaliśmy majdan i ruszyliśmy dalej. Azor, szkolony w służbach specjalnych, mistrz podchodów i kamuflażu działał perfekcyjnie. Wskakiwał na bagażnik ostatniego w szyku i z kocią gracją, niepostrzeżenie przeskakiwał z roweru na rower, gdy tylko dochodziło do zmian w peletonie.

Zalew Klimkówka naprawdę jest malowniczy. Niestety niemal cały zachodni brzeg jeziora zaanektowali prywaciarze i marzenie o wciągnięciu śniadania nad wodą udało się dopiero spełnić około godziny 11 w Uściu Gorlickim. Piknik niemal jak z obrazu Maneta. Żarliśmy bez opamiętania. Łapczywie, ale z manierami. Kroiliśmy i smarowaliśmy. No właśnie, jeden nóż na cztery osoby musiał stać się źródłem konfliktu. O dziwo, nie poróżniło nas to, kto ma komu nóż przekazać, ale sama technika tejże operacji. Zapamiętujemy: "Noża nie podajemy ostrzem! To grozi zranieniem lub co gorsza awanturą!"

Po śniadaniu ruszyliśmy mozolnie ku wsi Regietów. Upał niemiłosierny. Pić się chce. Sklepów nie ma. Dopadł nas kryzys i zniechęcenie. Tempo poruszania się spadało. Siodełko coraz śmielej uciskało wrażliwe punkty. Ból, pot i rozpacz! Psycha siadała. Słońce skutecznie wytapiało resztki motywacji. Pierwszy pękł Krzyś i jął szarpać wyrwaną z drewnianej chaty łemkowską babulinkę. "Pani, gdzie tu je piwo?" -  krzyczał łamiącym się głosem i wbił w nią suche jak pieprz spojrzenie.
Informacja, że ponoć jest w stadninie, w Regietowie była jak zastrzyk EPO. Niemrawość przerodziła się w ruchliwość, powłóczenie pedałami zastąpił żwawy kłus a mglista wizja złocistego trunku z pianą nabrała realnych kształtów. Wszyscy pomknęli jak oszalali. Ja obejrzałem się jeszcze za siebie. Na pierwszym planie niewzruszony Azor lizał sobie szeroko rozumiane podbrzusze, na dalszym - babulinka, posłanka cudownej nowiny zataczała się lekko po tym, jak przydzwoniła w nadproże aureolą.  

Jeszcze kilka kilometrów nieludzkiej walki, jeszcze podjazd, zjazd, dwa zakręty i byliśmy na miejscu. Pragnienie ugaszone. Ugaszone po pięciokroć! 

Na lekkim rauszu cwałujemy dalej, do bazy biwakowej w Radocynie. W spożywczaku przydrożnym dokonujemy jeszcze zakupów na wieczorną bibkę i doraźnie podbijamy stan błogości o dwie kolejne jednostki chmielne. Jest lekkość, radość, beztroska, jedynie polna droga zdaje się być zbyt wąska. Ale co tam. Chce się znowu żyć! (i chce się znowu sikać!).

Wieczorna biesiada przy namiotach obfitowała w ponadczasowe mądrości, istna filozoficzno-strukturalna analiza zawiłości ludzkiej psychiki. Niestety kompletnie nic z tej analizy nie pamiętam. W głowie została mi jedynie frywolna przyśpiewka "Radocyna, Radocyna! ktoś tam gdzieś tam się wypina". 

Druga noc też bez misia.


Rowery - część I

Turystyka rowerowa to zło. Może nie tyle zło dla ciała, ale z pewnością zło dla dupy.

W zasadzie na tym mógłbym zakończyć relację z tegorocznej eskapady. Jest myśl. Jest przekaz. Jest pole do interpretacji. Może nawet i jest refleksja. Po co więc pisać dalej?

Ano po to, aby na ten przykład sięgnąć po literacką nagrodę Nobla! Niech zacne jury ma materiał do piania z zachwytu. Niech sobie tam w Sztokholmie radośnie ucztują nad Kocim Wentylem zatapiając się w kolejnych akapitach.
Jest rzecz jasna też inny, bardziej przyziemny powód. Ten sam, który napędzał Cejrowskiego do pisania sprawozdań z wypraw. Oczywiście chodzi o autolans i nakreślenie własnej zajebistości!

No to zaczynamy!

Po tygodniach morderczych treningów, obozów kondycyjnych, ścisłej dyscypliny żywieniowej przyszedł sądny dzień, dzień 26 lipca. To właśnie w imieniny Anny wypadał start wakacyjnej wyprawy rowerowej. Trzech żylastych, idealnie wyrzeźbionych mężczyzn, o wzorowej muskulaturze zapakowało swe rowery ekwipunkiem turystycznym, szczelnie wypełniając sześćdziesięciolitrowe sakwy! Atletyczne uda opięte lycrowymi cyklo-gaciami oraz łydki, których nie powstydziłby się Szurkowski Ryś przykuwały spojrzenia żegnającego nas pospólstwa. Ruszyliśmy w pełnym słońcu. Korby zatrzeszczały pod naporem stóp, łańcuchy napięły się do granic wytrzymałości, ramy zajęczały, koła się ugięły, a siodełka zaczęły swoją mozolną rzeźbę w skalistych pośladkach! Powiat bocheński wypełnił się naszym majestatem.

Ostra wspinaczka pod Nowy Wiśnicz, potem Muchówka, potem Łososina Dolna, Gródek nad Dunajcem i już na liczniku 4 piwa! Ruszamy dalej i mijamy kolejne mieściny kierując się na Szymbark. Gdzieś po drodze uzupełniamy płyny i przy płynie numer 6 pojawia się ona!

"Czy wy musicie tyle pić? Opamiętajcie się!" - krzyczy.

Basia, istota absolutnie niepotężna, nieżylasta i nieatletyczna jedzie z nami. Też ma rower, też ma ciężkie sakwy, też jedzie pod górę i pod wiatr - jedynie jakimś sposobem nie chleje tyle co my. Najwyraźniej się mniej poci - ot taki jej feler. Jak łatwo odgadnąć szybko stała się ona Orędowniczką naszego odwodnienia. Zupełnie sobie bimbała z pełnych przejęcia wyznań:

"Patrz, szóste piwo a ja jeszcze dzisiaj nie sikałem."

W końcu dojechaliśmy na free camp za Szymbarkiem. Kościsty krokodyl i dwie gorzkawe anakondy upolowane dętką rowerową i zatłuczone pompką musiały nam wystarczyć jako strawa kolacyjna. Na szczęście nikt nie kwestionował konieczności zapicia parszywego mięsiwa. Noc pod wiatą minęła bez przygód. Niedźwiedź przyjdzie później.










czwartek, 7 sierpnia 2014

Osy

Os-os-ostatnio zacząłem się jąkać. I o dziwo jest to jąkanie, które dotkliwie kaleczy moją pisaninę. Może to też za sprawą, że postanowiłem na blogu rozprawić się z wojującymi ateistami i im boleśnie dokopać. A w zasadzie wykazać, że to oni kopią się z wiatrakami i to w imię nie wiadomo czego. Napisałem bardzo poważnego i trochę sztywniackiego posta - czyli zupełnie nie w moim stylu - w którym wykazałem bezsens wojującej postawy. Oczywiście za probierz sensu czy bezsensu przyjąłem jedyną słuszną miarę czyli twardą walutę. Po skrupulatnych wyliczeniach dowiodłem, że koszt utrzymania duchowieństwa to 20 groszy per capita miesięcznie. Czyli bzdurnie mały, aby zawracać sobie tym głowę, nie mówiąc już o zionięciu jadem. Jak zwykle po napisaniu tekstu rozpierała mnie duma. Nie dość, że pięknie wszystko napisane to jeszcze niczym szermierz z sadystyczną lubością rozpoławiałem ateistyczne korpusy.
Wstrzymałem się jednak z publikacją. Poszperałem trochę więcej, zgłębiłem temat i - o zgrozo! - okazało się, że uwzględniając wszelkie przywileje, zwolnienia z podatków itp itd szacowany faktyczny koszt wynosi około 3 złotych. Niby wciąż nie jest to kwota astronomiczna, ale rocznie to już 36 złotych. Pobladłem.

Post był już napisany i dzieliły go sekundy od publikacji a tu taki zwrot akcji. Natychmiast zacząłem pokraczną i rozpaczliwą próbę ratowania popełnionej treści. Gimnastykowałem się jak mogłem, żeby nagiąć fakty do tezy, ale im dłużej się gimnastykowałem tym bardziej traciłem przekonanie do tego, co napisałem. Nawet pomyślałem, że gdyby każdy duchowny musiał rocznie płacić 40 złotych np na utrzymanie szkół jogi to dopiero zaczęłoby się wojowanie. Finalnie post poszedł do piachu, rzecz jasna duma szermierza też!

A teraz już o osach. W garażu osy uwiły sobie gniazdo w moim polarze. Mnóstwo małych bzyczących ku*w zaatakowało mój stary, wysłużony, roboczy polar - z ciepłym kapturem. Huczało i bzyczało ich tam tysiące. Jako jednostek wybitnie dzielny zadzwoniłem na 998 i krzyknąłem: "Ratunku! Osy!". Dostałem wytyczne, co robić a wieczorem pod mój dom przyjechał wóz strażacki. Prawdę mówiąc spodziewałem się czerwonego seicento albo lepszej osobówki, no może coś w rozmiarze żuka. Tymczasem przyjechał wielki drabiniasty pojazd tak, jakby paliło się w Belwederze. Wyskoczyło z niego pięciu młodych, dzielnych i nieustraszonych. Jeden przebrał się w skafander kosmonauty albo pszczelarza (nie rozróżniam) i ze sprayem anty-osowym w prawicy i z workiem w lewicy natarł na nie niczym ja na ateistów. Zapsikał je na amen. Polar z gniazdem wrzucił do wora. Wór zawiązał i tryumfalnie wyszedł z garażu. Zrzucił kombinezon i emanował bohaterstwem. Byłem pełen podziwu i jestem przekonany, że moje kiszki wyjątkowo zamiast marsza odegrały bezdźwięczne fanfary. Cóż za akcja!

Następnego dnia w garażu wciąż były osy. Prawdę mówiąc niewiele ich ubyło. Wnikliwa obserwacja wykazała, że kierują się one do styropianowego domku. Domku, który mój tata kiedyś zbudował dla bezpańskiego kota - taka zimowa rezydencja. I ja zapragnąłem być bohaterem. Skafandra nie miałem, ale wyposażony w spray i miotłę natarłem na pasiaste owadziska w barwach Borussii Dortmund. Koci domek rażony miotłą spadając na podłogę stracił jedną ścianę (Tato, lipnieś to pokleił) i oczom moim ukazało się gniazdo wielkości futbolówki. Tsssssssssssss.... - ten dźwięk trwał z 10 sekund aż do wykończenia puchy. To było 10 sekund olbrzymiej frajdy i buzującej adrenaliny. Następnie szybkim ruchem na gniazdo narzuciłem stare prześcieradło i uciekłem.

Wrócę tam za jakiś czas... pozamiatać trupy.




niedziela, 22 czerwca 2014

Jeszcze nie o mundialu, ale już prawie

Pamiętacie, jak ostatnio pisałem o cudownym zakupie kilometrów ręcznika papierowego w okazyjnej cenie? Otóż, wczoraj podczas mycia okien skończyła się pierwsza rolka. Odwinąwszy ostatni listek dostałem się do szarej, tekturowej rurki, którą to niezwłocznie uderzyłem się w głowę. Bez specjalnego powodu, ot po prostu lubię ten dźwięk. Tym razem, jednak po uderzeniu nastąpiło coś niezwykłego. Mniej więcej trzy i pół sekundy mój mózg zmagał się z przetwarzaniem faktów, by finalnie wypluć myśl: "O kurwa, blog!". 
Przyznaję się bez bicia: zupełnie zapomniałem o mojej wybitnej pisaninie i o moich pragnieniach zostania bloggerem roku. Co za wstyd. Ciekawe w ilu dziedzinach jeszcze moja wybitność przepadła w zapomnienie. Ech, jakby jakieś noble, oskary, fryderyki czy nawet super jedynki były przyznawane za sklerozę, to mój dorobek z pewnością byłby już całkiem spory!

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że ostatnio wpakowałem się w pisanie jakiegoś programu do symulacji konwekcji i dyfuzji ciepła. Zagadnienie tak ciekawe, że chce się w nie wejść całym sobą i tak złożone, że dalej nie bardzo wiem na czym polega. Finalnie coś tam - dalekiego od ideału - udało się stworzyć, choć kilka razy miałem wrażenie, że prędzej główna pętla programu udusi mnie niczym garota, niż jakkolwiek wyliczy wędrówki celsjuszy. Ale udało się! Głęboko wierzę, że temat został zamknięty.

Przez kilka minionych tygodni toczyłem też potyczkę sam ze sobą. Potyczkę na wskroś wyniszczającą. Mianowicie zostało mi brutalnie wytknięte, że nadużywam zwrotu "jak gdyby". Oczywiście zupełnie się z tym pogodzić nie mogłem. Wybitny bloger z jakąś taką naleciałością językową? - wierzyć się nie chce. Wtedy zacząłem bacznie słuchać tego, co mówię. I stało się. Zrozumiałem, że "jak gdyby" jest wszechobecne. Wkradło się i wypierało zachłannie wszystkie części mowy, nie odpuszczając nawet znakom interpunkcyjnym. "Jak gdyby niebo jest jak gdyby niebieskie jak gdyby dzisiaj" - takie twory wygadywałem, gdy na ten przykład patrzyłem do góry. Proces wyrugowania z języka jakiegoś wtrętu nie jest wcale prosty. Każde "jak gdyby", na którym się przyłapałem kwitowałem potrójną cichutką kurwą! Oj nakurwowawałem się nim się wykurowałem. Jest już chyba nieco lepiej. Obecnie zmagam się z tą cichutką "kurwą", ale zdaje się, że na nią jest znacznie większe przyzwolenie społeczne.

A i do tego wszystkiego jeszcze mamy mundial. Idę pobiegać.



sobota, 24 maja 2014

Wariat

Spotkałem wariata na przystanku pod Biprostalem. Chyba prawdziwego. Trzymał się lekko z boku i palił papierosa. Tańcował na rozedrganych nogach wokół reklamówki i siatki szmacianki, które stabilnie ulokował na płycie chodnikowej. Od czas do czasu wykonywał trzy kroki w moją stronę i mówił z pełną przejęcia twarzą:
"Wszędzie są agenci! Jak mam żyć jak cały czas jestem obserwowany? U siedmiu psychiatrów byłem i żaden mnie nie zdiagnozował. Żadnej choroby. A niby tacy fachowcy. Szkoda gadać. Już więcej nie pójdę do nich. Zresztą po co iść, jak wiadomo, że oni to wszyscy agenci. I po co to wszystko?"
Po czym odskakiwał z powrotem do swoich nieruchomych partnerek tanecznych i pląsał chybotliwie, Chwilę wirował okadzając dymem z peta swój mikro dens-flor i znowu wyskakiwał ku mnie i perorował o agentach. Patrzyłem na niego z dziką fascynacją i kląłem w duchu, gdy nadjeżdżał mój tramwaj. Wariat wariata rozpozna - pomyślałem sobie i pobłażliwym uśmiechem pożegnałem przystankowego mistrza fokstrota.

A w tramwaju jak to w tramwaju. Wszyscy wgapieni w telefony coś tam sobie po ekranach kciukami śturają. Niby się na mnie nie gapią, niby mnie ignorują, ale nie ze mną te numery! Parszywi agenci!

niedziela, 18 maja 2014

Krwią ociekający szlak

W długi weekend majowy postanowiłem udać się na Turbacz. Pogoda była dramatycznie słaba. Mój dzielny towarzysz, 3-letni york z nowiutką czerwoną kokardą zdobiącą przestrzeń między jego smukłymi uszami, chyba nie był z tego pomysłu zadowolony. Patrząc przez pryzmat skali, dla niego wyprawa w Gorce to jak dla nas himalaizm. A do tego siąpi, piździ i zimno.
O godzinie dziewiątej rano Grizli i ja byliśmy już w Koninkach u bram GPN (Gorczańskiego Parku Narodowego). Strażnik pobrał opłatę za wstęp, wręczył małą książeczkę, pouczył, żeby absolutnie nie spuszczać psa ze smyczy i pokierował nas na niebieski szlak. Dziwny facet - pomyślałem. Ubrany ni to jak żołnierz, ni to jak harcerz, a do tego w oczach miał jakiś obłęd. Uwagę moją zwróciły też czerwone zacieki na tyłach jego wojskowych butów. Szlaban w nich malował i nie doczyścił?

Grizli był jakiś niespokojny. Warczał na roślinność i szerokimi łukami omijał zwalone drzewa wyciągając przy tym rolowaną smycz do ostatnich centymetrów. Po godzinie wędrówki osiągnęliśmy pierwszą polanę. Na chwilę przestało padać toteż postanowiłem zerknąć na mapę. Przy okazji zerknąłem też do książeczki otrzymanej jako dodatek do biletu. Kartkowałem ją bez zaciekawienia. Same mchy, zielska, kwiatuszki i nafaszerowany łaciną opis o unikalności tychże okazów. Pod koniec natrafiłem na dwie szczelnie zlepione kartki. Chyba z nudów postanowiłem je rozdzielić. Mozolnie, z pomocą finki, nabytej w Norwegii rozłączałem brzegi. W końcu chwyciłem je palcami i delikatnie rozchyliłem. Zamarłem. To nie był błąd wydawniczy. Oczom moim ukazał się koślawo, palcem wymalowany, czerwony napis: "help".


Żart strażnika albo czyjeś rozpaczliwe wołanie o pomoc - takie dwie opcje rozważałem gorączkowo. Podświadomie skłaniałem się ku pierwszej, druga mnie przerażała i próbowałem ją odpędzić. Nóż i książeczkę schowałem do bocznej kieszeni spodni i szybkim już krokiem ruszyłem dalej. W głowie zrodziło się przeświadczenie, że ktoś za mną idzie. I nie był to Grizli. Oglądałem się za siebie z częstością zbliżoną do tej, z jaką latarnia morska omiata morze. Co jakiś czas przystawałem bez ruchu i nasłuchiwałem. Nic. Najmniejszego szelestu ani trzasku. A jednak wszystko wewnątrz mnie krzyczało: "uciekaj!". Wiedziałem, że ignorować wewnętrznych głosów w żadnym wypadku nie należy. Wziąłem pod pachę psa i zacząłem biec ku schronisku.

"Turysto uszanuj majestat gór!" - takim napisem przywitał mnie bunkier PTTK. Wszedłem i zamówiłem herbatę. Pani za barem majestat gór szanowała przesadnie. Jej mimika była uboższa od mimiki sklepowego manekina. Nic nawet nie drgnęło podczas gdy mówiła. Ani jednego mrugnięcia, ani jednego ruchu ustami. Mimoza z czarną grzywką najwyraźniej potrafiła zamrozić twarz. Podziwiałem ją i przeklinałem. Chciałem z kimś się podzielić znaleziskiem w książeczce, ale wiedziałem, że lepiej pogadać z przydrożnym świerkiem niż ze schroniskową kukłą.

Ruch był niewielki. Paru turystów na krzyż plus jacyś nieziemsko brudni rowerzyści. Gdy dopijałem herbatę na salę wszedł chłop wielki jak tur. Podszedł do baru i wdał się w rozmowę z mimozą. Wpatrywałem się z zaciekawieniem czy ów chłód obsługi serwowany jest każdemu czy tylko ja dostąpiłem tego zaszczytu. I nagle uśmiechnęła się. Wyciągnęła rękę i wskazała na mnie. Wielka kudłata głowa przybysza leniwie podążyła za palcem mimozy i po chwili poczułem na sobie drapieżne spojrzenie ciemnych jak węgiel oczu. Spuściłem szybko wzrok i zatopiłem go w herbacie. Jednak nie na tyle szybko, żeby nie zarejestrować czerwonych zacieków na butach kudłacza. Pies był najeżony nie mniej niż ja. "Kurwa! Co się tutaj dzieje?!"

Po chwili rozejrzałem się nieśmiało po sali. Dalej się gapił i szczerzył czarne zęby. To że karmi się sterydami było oczywiste. Teraz wiedziałem też, że najprawdopodobniej żre także torf. Zresztą o ile wzrok mnie nie mylił zamówił właśnie błotną breję, choć mimoza upierała się, że to bigos. Komórka - oświeciło mnie. Muszę się z kimś podzielić tym, co tu ma miejsce. Wydobyłem z kieszeni telefon i znowu zakląłem. Pieprzone Endomondo zżarło mi niemal całą baterię. Pstryknąłem dyskretnie fotę feralnej stronie i z dopiskiem "Jestem na Turbaczu, coś tu nie gra" wysłałem mms'a do Andrzeja. Chyba po to, aby w razie czego został po mnie jakiś ślad. I wszystko wskazywało na to, że więcej śladów nie będzie. Telefon zdechł. Tymczasem Kudłaty siadł przy sąsiednim stoliku, twarzą do mnie. Patrzył na mnie wrednie i jakoś złowrogo. Przeanalizowałem w głowie wszystkie fakty, spakowałem się, wziąłem plecak, psa i wyszedłem do toalety. Żołądek miałem ściśnięty i bez większych problemów wyrzygałem całą herbatę. Rzyganie to obrzydlistwo. Wróciłem do mimozy. Poprosiłem - a w zasadzie zawarczałem, że chce cole w puszce. Zapłaciłem i wyszedłem.

Ruszyłem czerwonym szlakiem w stronę szczytu. Czego dodali do herbaty? Ile się wchłonęło, a ile zdołałem zwymiotować? Byłem pewien, że była z wkładką. Smakowała inaczej. Sterydziarz na długim dystansie nie ma ze mną szans - analizowałem w głowie sytuacje - zamęczę go. Będzie siny jak Pudzian pod koniec długiej walki. Nie mogę tylko dać się mu zbliżyć.

Przed wejściem do lasu zatrzymałem się. Spojrzałem w stronę schroniska. Dryblas tam stał, odpalał papierosa i kątem oka mnie obserwował. Szybko świniak żre - pomyślałem. Złapałem się za skronie, teatralnie się zatoczyłem i zniknąłem w ciemnym lesie. Nie musiałem nasłuchiwać. Wiedziałem, że idzie za mną. Na szczycie zszedłem ze szlaku w stronę Nowego Targu. Rozdrażniłem psa, by zaczął szczekać. Zadziałało. Sto metrów za mną przez krzaki przedzierał się wielkolud. Biegłem w dół i umyślnie się potykałem, raz za razem upadając. Cały czas pilnowałem dystansu. Już nie miałem złudzeń. Nic mi się w głowie nie roiło. To się dzieje naprawdę. Pojawiły się pierwsze niemrawe ścieżki wodne łączące się niżej w potok Lepietnica. Jeszcze kilkaset metrów wzdłuż potoku i zaczęliśmy truchtać pod górę. Dystans się zmniejszył do 20 metrów. Serce waliło mi jak oszalałe. Drapałem się pod górę. Z każdym metrem odległość na szczęście zaczęła się zwiększać. Utwierdziłem się w słuszności obranej strategii. Odetchnąłem. Potem było znowu w dół, a potem znowu podejście na Obidowiec. Odwróciłem się i spojrzałem w dół. Człapał niemal w miejscu. Zataczał się półprzytomny. Szedł już bez wiary ze zwieszoną głową. Dyszał i parował jak lokomotywa tnąca syberyjskie lasy.

Podniosłem z ziemi pokaźny drągal. Wyjąłem nóż. Naprężyłem się jak tarzan. "Zaszlachtuję cię wieprzu i nakarmię tobą wilki!" - krzyknąłem. Hohoho. Ale wymyśliłem. Zaskoczyłem sam siebie. Zresztą słowa nie miały znaczenia. Chciałem go tylko dodatkowo rozjuszyć. Wyzwolić w nim resztki sił, aby rzucił się na mnie w szaleńczym otępieniu i wyzionął ducha. W jakimś stopniu się to udało. Przyspieszył. Ja stałem i patrzyłem. Czekałem i jak torreador machałem mu czerwoną płachtą wyzwisk i inwektyw rodem z trzeciej klasy szkoły podstawowej. Nogi uślizgiwały mu się na stromym podejściu. Zbliżał się. Już tylko parę metrów dzieliło go ode mnie. Chciałem powiedzieć: "Stój! Bo poszczuję psem!", ale nie wiedzieć czemu zwyczajnie go oplułem. Prosto w czerwoną jak diabli twarz. Równocześnie odskoczyłem w bok i pobiegłem kawałek do góry. Był bezradny. Patrzył otępiale pustymi oczami. Przetarł twarz rękawem i klęknął.

Zrobiło mi się go żal. Wbiłem w niego oczy i trwaliśmy tak bez ruchu dobre dwie minuty. W końcu podniósł głowę i powiedział ledwie słyszalnym głosem: "Ryszard Jukon, straż parkowa. Proszę wrócić na szlak!".

Czułem jakby w czubku głowy wywiercono mi otwór i lano przez niego ciekły azot. Kostniało mi wszystko: twarz, ramiona, tułów, ręce i nogi. Na końcu stężały mi też dłonie. Najpierw wypadł drągal, potem upuściłem nóż. Sekundę potem niewidzialna ręka wielkiego chemika lała we mnie wrzątek. Płonąłem ze wstydu. Odzyskałem czucie. Podniosłem finkę, pochwyciłem psa, złamanym głosem jęknąłem "przepraszam za wszystko" i popędziłem w stronę Obidowca. Stamtąd zielonym szlakiem zbiegłem do Koninek. Przenigdy w życiu nie czułem takiego zmieszania. Ziemia mnie parzyła. Deszcz jak kwas trawił dłonie. A w ostatniej fazie dopadł mnie jakiś histeryczny śmiech, który niesiony echem dokonał bestialskiego gwałtu na majestacie gór!

W aucie podłączyłem telefon. Pięć nieodebranych połączeń od Andrzeja i jedna wiadomość tekstowa: "Fajnie, że fundacja Krwinka jest obecna w gorczańskich broszurach". No kurwa, zajebiście fajnie - mruknąłem pod nosem!

Warto czasem wybrać się w góry! Tam wbrew pozorom dużo się dzieje!