Dzisiaj jestem jakiś osłabiony. Niby wczoraj wzmocniłem się kebabem - w zasadzie, było to nawet już dzisiaj, bo około 3 w nocy - ale morze alkoholu jakie wcześniej wchłonąłem niweczy zalety odżywcze kebaba i wszelkich innych posiłków. Jednym słowem: kac. A wiadomo, kac to czas zatrzymania, zadumy i refleksji. Specyficzna to jednak refleksja. Nie krąży ona wokół prozaicznych tematów typu miłość czy sens życia, lecz powoli, leniwie, spiralnym ruchem próbuje dotrzeć głębiej. Stawia pytania trudniejsze. A w jądrze tej galaktycznej refleksji zawsze zasadza się ta sama zagadka: "Jak ja kurwa wróciłem do domu?"
O 11 rano pobudka, a już o 13 pierwsza próba wyjścia z łóżka. Próbie tej towarzyszy jęk egzystencji złamany jakąś dozą zachwytu. Odkrywam bowiem, że mam na sobie strój do spania. Co prawda tylko część górną, ale zawsze to coś! I spodnie wiszą na krześle, a nie leżą na podłodze. Cmokam z zachwytu nad sobą. Półnagi sunę do lodówki, odgryzam kawałek chorizo i wracam je przeżuwać pod kołdrę. Żuję gapiąc się w sufit i nagle przypominam sobie Agatę - rekonstrukcja zdarzeń w toku! Z kebabem przewędrowałem jeden przystanek, potem kolejne dwa podjechałem autobusem nocnym (zapewne na gapę) i potem drepcząc do domu spotkałem Agatę. Stało dziewczę po drugiej stronie ulicy ze spuszczoną głową. Już ją minąłem, przeszedłem nawet ze sto metrów dalej i wtedy jakiś głos wewnętrzny kazał mi wrócić. Wróciłem i zionąc kuchnią pseudo arabską zapytałem czy wszystko w porządku. Odpowiedzi jednak nie pamiętam. Pamiętam, że dziewczę przytuliłem i zacząłem odprowadzać do domu. Zasłuchałem się w jej historię, z której również nic nie pamiętam. Była chyba o jej chłopaku. Słuchając jej odpłynąłem. Ocknąłem się dopiero pod kościołem Św. Jadwigi. "Oho, to my już pod kościołem! To ja już chyba będę wracał" - rzekłem. Rozsądek najwyraźniej przegonił podrygi empatii. Przytuliliśmy się na pożegnanie i jąłem wracać. Jeszcze z oddali krzyknąłem: "Jak masz na imię?". "Agata" - odkrzyknęła. "Jajanek" - pomachałem, uśmiechnąłem się serdecznie i chwilę potem zgiąłem się za krzakiem i puściłem pawia.
No dobra, pawia nie puściłem, Tak tylko chciałem udramatyzować i podkoloryzować rozstanie z Agatą. W każdym razie dobrze, że ją spotkałem. To chyba była fajna dziewczyna. Choć całkowitej pewności nie mam. Zresztą podobnie sprawa ma się z kebabem.
Moja wątroba pracuje na pełnych obrotach i zabiera energię innym organom, mózgowi zwłaszcza. Chorizo przeżułem już całe, zaraz upiekę łososia. W kieszeniach spodni odnajduję portfel i telefon. Uff, nic nie zgubiłem. Znajduję jeszcze bilet, zakupiony w autobusie o 3:13, nieskasowany. Ciekawe czy zapomniałem skasować czy też nadziewanie automatu bilonem wypełniło mi całą podróż i na skasowanie zwyczajnie brakło czasu. Tego się już nie dowiem. Pamiętam tylko Agatę i trochę mniej ostro kebaba.
sobota, 20 czerwca 2015
Pamiętnik
Nic w przyrodzie nie ginie... poza mną. Ja czuję, że ta francowata przyroda mnie zżera. Wysysa nikczemnie ze mnie życie i podlewa nim jakieś pierdolone chwasty! Bez sensu to wszystko. Na domiar złego, te chwasty wyrastają spod kostki brukowej i burzą estetykę przybiedronkowego parkingu. Normalnie szarpie mną jak o tym wszystkim myślę! Zabrać mi, żeby dać chwastom, które pan Rysiu zgładzi wkrótce roundapem. Matka Natura ma w głowie siano miast mózgu!
Za oknem burza, w głowie kac. Idealny moment na pisanie. Herbata paruje w kubku z jaszczurkami. Ściślej, to paruje nad kubkiem i bez jaszczurek, ale to nieistotne. Istotne jest to, że od trzech miesięcy prowadzę pamiętnik. Zapisuję w nim fakty i postanowienia. Miałem zapisywać myśli, ale na razie takowe mi się nie przytrafiły. Może przyjdą zimą jak zasolą parkingi i życie przestanie ze mnie wyciekać.
Brednie, brednie, brednie. Całe życie brednie... a chwasty sobie rosną.
niedziela, 3 maja 2015
Znowu Italia
Łatwo się zachłysnąć pięknem Toskanii. A jak się człowiek zachłyśnie zbyt mocno, to potem kończy z burym pawiem obok legowiska. Cóż zrobić, los wrażliwego estety nie należy do łatwych.
Znowu byliśmy we Włoszech, znowu w siedem osób, znowu wypożyczyliśmy dwie fury, znowu spaliśmy w podwójnych łóżkach, znowu w konfiguracjach nieoptymalnych, uniemożliwiających walkę z niżem demograficznym i znowu oddaliśmy się błogiemu lenistwu południa.
W składzie osobowym doszło do jednej zmiany. Nie było tym razem Logosa, Był z nami natomiast Bąbel. Bąbel jest myślicielem, filozofem, miłośnikiem Dostojewskiego, brydża i piwa - kolejność chyba odwrotna i jakiś głos wewnętrzny podpowiada mi, że myśliciela należałoby wykreślić. W każdym razie Bąbel jest extra! Bąbel jest po trzykroć extra i jeszcze large!
Wobec wspomnianej zmiany personalno-objętościowej, w trosce o zdrowe proporcje, jezioro zastąpiliśmy morzem. Byliśmy w Regina del Mare, 20 km od Pizy. Nazwy hotelu nie pamiętam. Pamiętam jedynie fryzurę recepcjonisty - taki wczesny Wodecki zmieszany z makaronem świderki. Hotel był ogromny i byliśmy niemal jedynymi gośćmi. Był to hotel parterowy, rozrzucony na dość dużym areale nad samym morzem. Przygniatający romantyzm lokalizacji zwalczaliśmy wódą, wińskiem i piwskiem. Chyba z niezłym skutkiem.
W rzadkich chwilach trzeźwości zwiedzaliśmy okolice. Piza to miasto niezwykłe. Turystom giną tu swetry, które potem trafiają do hipermarketów. Z pobieżnej obserwacji można także wywnioskować, że 80% mieszkańców Pizy trudni się sprzedażą suwenirów tudzież patyków (wysięgników) do robienia selfików. Pozostałe 20% wlepia mandaty za złe parkowanie. Do tego wieża jest krzywa. Ponoć inżynier polskiego pochodzenia opracował metodę zapobiegania dalszemu jej przekrzywianiu. Metoda polegała na wpompowaniu hektolitrów betonu pod fundamenty. Jeśli jest to prawdziwie polska myśl techniczna oznacza to, że nad powierzchnią gruntu widzimy jedynie 10% całości.
Jakże się Wojtuś ucieszył gdy między butelkami wina sunącymi na taśmie w stronę kasy odnalazł swój sweter. Gwoli ścisłości to odnalazła go pani kasjerka wygrzebując go z podwójnego foliowego pokrowca. Nie znalazłszy kodu kreskowego uniosła buraczkową szmatkę do góry, spojrzała na Wojtka i zapytała "Che cosa?". Uważnie obserwowaliśmy tłumioną zakłopotaniem eksplozję radości i pełne przejęcia słowa "To... to jest moje! znaczy... this is mine". Nasz dzielny kamrat odnalazł swój - hmm, rzec można na tamtą chwilę - twarzowy ciuszek. A zatem okazja do wieczornej balangi wyśmienita!
Następnego dnia zwiedzaliśmy już Cinque Terre. Pięć malowniczych nadmorskich miejscowości stanowi jakąś magiczną krainę bajkowego piękna. I w tej bajce znajdujemy się nagle my! Prawdziwy szok i niedowierzanie. Jak siedem krasnoludków maszerowaliśmy wąskimi uliczkami między kolorowymi domkami spiętrzonymi na skałach. No dobra, jak sześć krasnoludków i piankowy potwór, nie mniej jednak było oszałamiająco. Jak te wszystkie piękne obrazy utrwalić? Jak na stałe przelać je z oczu do serca? Odpowiedź mogła być tylko jedna: Cinque birre!
Między miejscowościami można przemieszczać się koleją, statkami i są też wiodące przez skalne wzgórza szlaki piesze. My niezupełnie przypadkowo skorzystaliśmy z wszystkich opcji. Pociąg większość czasu jedzie tunelami więc nuda. Na statku zdecydowanie lepiej. A szlak pieszy to istny hardcore, prawdziwa golgota, 200 metrów (w pionie) pod górę skalnymi schodkami i tyleż samo w dół. Oj zrosiło plecki krasnoludkom! Ale było warto! Na dole strzeliliśmy upragnione piwo Moretti. Finalnie wróciliśmy pociągiem do La Spezia i potem długim spacerem przez miasto do naszych czarnych fur - tym razem zaparkowanych na obrzeżach, poza rewirem parkingowych.
Był to bardzo intensywny dzień i chyba dzięki tej intensywności wszystkie chwile zatrzymania były jeszcze bardziej niesamowite.
Ostatni wieczór i ostatni dzień upłynął już nam na heroicznej walce z nadwyżkami alkoholu. Czego się nie udało obalić wieczorem staraliśmy się wytrąbić rano. I tak na śniadanie było wino z kabanosem, a na lunch piwo przy basenie. Wszystkiemu nie daliśmy rady i na odchodne flachę wódy dostał Wodecki. Niech ma! Za Pszczółkę Maję. I jakby zapewne dośpiewał Hozier: Amen, amen, amen.
| Cinque Terre |
![]() |
| "No co, woda najczęściej..." |
| "...ziemia woda coś takiego..." |
| "...halucynacja, hemoglobina..." |
| "...dwutlenek węgla.." |
| "...taka sytuacja" |
| Fura numer 1 |
![]() |
| Fura numer 2 |
| Nasza golgota |
| Pisa by Gosia |
![]() |
| by Grabson |
![]() |
| ...and by me |
poniedziałek, 30 marca 2015
Infekcja
Wyławiam z dna garnka kolejny dorodny kawałek kurczaka. Nakładam na talerz. Jem. Popijam zupą. Następna porcja za osiem godzin.
Ot, taki mój sposób na antybiotyk bez recepty.
Pieprzę trochę, ale jutro już idę do lekarza. Nie chcę być gruby!
Ot, taki mój sposób na antybiotyk bez recepty.
Pieprzę trochę, ale jutro już idę do lekarza. Nie chcę być gruby!
sobota, 21 marca 2015
Wiosna
Tyle myśli mam w głowie po przebudzeniu.
Czy śledzie sypiają w satynowej pościeli? Czy kret rano chowa głowę pod kołdrę? Czy jeż byłby w stanie zrobić mostek?...
Z tymi wszystkim znakami zapytania ruszam do pracy. Znowu na kilkanaście godzin. Tyram, tyram i tyram. Wieczorem wracam z mózgiem wywleczonym na lewą stronę. Kładę się spać a rano prześladują mnie te same myśli, które wlokę ze sobą do pracy. Pieprzony śledź, kret i jeż!
Coś się musiało zapętlić. Wierzę, że wiosenne słońce wyszarpie mnie z tej szajby i z tego transu.
Czy śledzie sypiają w satynowej pościeli? Czy kret rano chowa głowę pod kołdrę? Czy jeż byłby w stanie zrobić mostek?...
Z tymi wszystkim znakami zapytania ruszam do pracy. Znowu na kilkanaście godzin. Tyram, tyram i tyram. Wieczorem wracam z mózgiem wywleczonym na lewą stronę. Kładę się spać a rano prześladują mnie te same myśli, które wlokę ze sobą do pracy. Pieprzony śledź, kret i jeż!
Coś się musiało zapętlić. Wierzę, że wiosenne słońce wyszarpie mnie z tej szajby i z tego transu.
niedziela, 18 stycznia 2015
Postrzał - część druga
Drzwi do pokoju rewolwerowca były otwarte. Ordynator przeładował klamkę i wszedł do środka. Ściany spływały krwią. Dwa trupy sanitariuszy leżały zaraz przy wejściu. Pacjent uciekł. Ordynator przyglądał się uważnie. Odnotował rozbite szkło i otwór w oknie dachowym. Zaklął szpetnie i zbiegł na dół. Przy wyjściu z budynku zastał portiera skulonego za automatem z wodą Eden. Od czasu do czasu się wychylał i nogą od krzesła ostrzeliwał dziedziniec. W dali znikała półnaga postać.
Trzydzieści minut później ta sama postać była już na ulicy Błon Pławnych 13 i naciskała przycisk domofonu z numerem 4. Nikt nie odpowiadał. Rewolwerowiec zniecierpliwiony wspiął się na palce i przez szybkę w górnej części drzwi próbował zajrzeć do środka kamiennicy. Wyciągał język na brodę licząc, że ten zabieg uczyni go wyższym. Im wyżej się wspinał tym bardziej komeżka odsłaniała nagi zad.
Po przeciwnej stronie ulicy, w budynku na pierwszym piętrze starszy jegomość instalował strzykawkę w rurze od odkurzacza. Parę sekund później bezszelestnie uchylił okno, zmrużył oko, nabrał powietrza jak puzonista przed solówką i wypalił prosto w rozciągniętego na drzwiach rewolwerowca. Strzykawka sprężyście wbiła się w prawy pośladek ofiary, Nie dłużej niż trzy sekundy później postać raniona strzykawką osunęła się na wycieraczkę; na szyi strzelca zaś wisiała rozentuzjazmowana Penelopa i całowała go po głowie gdzie popadnie. W końcu powiedziała: "Tatuniu uwielbiam patrzeć jak strzelasz."
Studenci psychiatrii wiedzą, że jest to historia jakich wiele. Typowe ćwiczenie na rozpoznanie dewiacji i zaburzeń. Można się zmierzyć z problemem i spróbować przypisać każdej postaci jednostkę chorobową. Studenci piątego roku radzą z tym sobie bez trudu. Potrafią nawet rozpoznać zaburzenie Pauli i samego autora.
Nikomu nie życzę postrzału. Każdy ruch głową to istna tortura. Po trzech dniach powoli na szczęście już puszcza. Jest nadzieja, że kolejne posty nie będą ociekać cierpieniem.
Trzydzieści minut później ta sama postać była już na ulicy Błon Pławnych 13 i naciskała przycisk domofonu z numerem 4. Nikt nie odpowiadał. Rewolwerowiec zniecierpliwiony wspiął się na palce i przez szybkę w górnej części drzwi próbował zajrzeć do środka kamiennicy. Wyciągał język na brodę licząc, że ten zabieg uczyni go wyższym. Im wyżej się wspinał tym bardziej komeżka odsłaniała nagi zad.
Po przeciwnej stronie ulicy, w budynku na pierwszym piętrze starszy jegomość instalował strzykawkę w rurze od odkurzacza. Parę sekund później bezszelestnie uchylił okno, zmrużył oko, nabrał powietrza jak puzonista przed solówką i wypalił prosto w rozciągniętego na drzwiach rewolwerowca. Strzykawka sprężyście wbiła się w prawy pośladek ofiary, Nie dłużej niż trzy sekundy później postać raniona strzykawką osunęła się na wycieraczkę; na szyi strzelca zaś wisiała rozentuzjazmowana Penelopa i całowała go po głowie gdzie popadnie. W końcu powiedziała: "Tatuniu uwielbiam patrzeć jak strzelasz."
***
Studenci psychiatrii wiedzą, że jest to historia jakich wiele. Typowe ćwiczenie na rozpoznanie dewiacji i zaburzeń. Można się zmierzyć z problemem i spróbować przypisać każdej postaci jednostkę chorobową. Studenci piątego roku radzą z tym sobie bez trudu. Potrafią nawet rozpoznać zaburzenie Pauli i samego autora.
***
Nikomu nie życzę postrzału. Każdy ruch głową to istna tortura. Po trzech dniach powoli na szczęście już puszcza. Jest nadzieja, że kolejne posty nie będą ociekać cierpieniem.
sobota, 17 stycznia 2015
Postrzał - część pierwsza
Piękna Penelopa leżała na brzuchu. Zupełnie nie dbała o to, że czarna, smolista papa trwale wgryza się w jej kremowy szlafrok. Dyskretnie, przez dachowe okno zaglądała w głąb celi. On tam był. Groźny rewolwerowiec został zamknięty w pokoju bez klamek. Chodził tam i z powrotem, ubrany jedynie w przykrótką komeżkę. Jeszcze wczoraj obawiali się go wszyscy, dzisiaj był "pacjentem" na oddziale zamkniętym Specjalistycznego Szpitala Psychiatrycznego w Gąskach.
Nikt nie wiedział jak został schwytany, rozbrojony i osadzony. Ponoć trafiony został zastrzykiem przez snajpera służb weterynaryjnych. Tezę tę potwierdzała czerwona kropa na lewym pośladku otoczona pokaźnym fioletowym krwiakiem. To właśnie w to miejsce czujnie wpatrywała się teraz Penelopa.
Z kieszeni szlafroka wyjęła klej, dużego obwarzanka i małą, chromowaną klamkę zakupioną w Leroy Merlin. Obwarzanka przykleiła płasko do szyby, a klamkę włożyła do jego środka. Do klamki dołączyła małą karteczkę z wiadomością: "ul. Błon Pławnych 13/4 Gąski. Kocham. Czekam. P." Popatrzyła jeszcze raz przez okno w dół i rozklejona cichutko zaśpiewała własny, ciut perwersyjny cover szlagieru Pauli Ignasiak:
Dnia następnego Penelopa rozmawiała w gabinecie z ordynatorem. Wysłuchiwała najnowszych zaleceń i zmian w protokole leczenia kalkulatywnej psychopatii dyssocjalnej. Myśli jej uciekały. Nim jednak zdążyła pomyśleć, czy ostrodziobe sroki wystukały już w dachowym oknie przerębel, do gabinetu wpadła pielęgniarka wrzeszcząc: Strzelanina na bloku zamkniętym! Ordynator zarzucił kitel, wyrwał dwie czarne klamki okienne i wybiegł na korytarz. Penelopa podwinęła kciuki i zacisnęła swe małe piąstki. Drżała z podniecenia.
c.d.n.
Nikt nie wiedział jak został schwytany, rozbrojony i osadzony. Ponoć trafiony został zastrzykiem przez snajpera służb weterynaryjnych. Tezę tę potwierdzała czerwona kropa na lewym pośladku otoczona pokaźnym fioletowym krwiakiem. To właśnie w to miejsce czujnie wpatrywała się teraz Penelopa.
Z kieszeni szlafroka wyjęła klej, dużego obwarzanka i małą, chromowaną klamkę zakupioną w Leroy Merlin. Obwarzanka przykleiła płasko do szyby, a klamkę włożyła do jego środka. Do klamki dołączyła małą karteczkę z wiadomością: "ul. Błon Pławnych 13/4 Gąski. Kocham. Czekam. P." Popatrzyła jeszcze raz przez okno w dół i rozklejona cichutko zaśpiewała własny, ciut perwersyjny cover szlagieru Pauli Ignasiak:
Znalazłam Ciebie gdzieś na końcu świata
I wszystko już wiem
Szukałam całe dnie, miesiące, lata
I odnalazłam Cię
Ja wiem, że jesteś z tych
Co zapalają auta swe na pych
Chcę rzęchem i gruchotem być przy Tobie
Do końca swoich dni
Dnia następnego Penelopa rozmawiała w gabinecie z ordynatorem. Wysłuchiwała najnowszych zaleceń i zmian w protokole leczenia kalkulatywnej psychopatii dyssocjalnej. Myśli jej uciekały. Nim jednak zdążyła pomyśleć, czy ostrodziobe sroki wystukały już w dachowym oknie przerębel, do gabinetu wpadła pielęgniarka wrzeszcząc: Strzelanina na bloku zamkniętym! Ordynator zarzucił kitel, wyrwał dwie czarne klamki okienne i wybiegł na korytarz. Penelopa podwinęła kciuki i zacisnęła swe małe piąstki. Drżała z podniecenia.
c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





