niedziela, 22 czerwca 2014

Jeszcze nie o mundialu, ale już prawie

Pamiętacie, jak ostatnio pisałem o cudownym zakupie kilometrów ręcznika papierowego w okazyjnej cenie? Otóż, wczoraj podczas mycia okien skończyła się pierwsza rolka. Odwinąwszy ostatni listek dostałem się do szarej, tekturowej rurki, którą to niezwłocznie uderzyłem się w głowę. Bez specjalnego powodu, ot po prostu lubię ten dźwięk. Tym razem, jednak po uderzeniu nastąpiło coś niezwykłego. Mniej więcej trzy i pół sekundy mój mózg zmagał się z przetwarzaniem faktów, by finalnie wypluć myśl: "O kurwa, blog!". 
Przyznaję się bez bicia: zupełnie zapomniałem o mojej wybitnej pisaninie i o moich pragnieniach zostania bloggerem roku. Co za wstyd. Ciekawe w ilu dziedzinach jeszcze moja wybitność przepadła w zapomnienie. Ech, jakby jakieś noble, oskary, fryderyki czy nawet super jedynki były przyznawane za sklerozę, to mój dorobek z pewnością byłby już całkiem spory!

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że ostatnio wpakowałem się w pisanie jakiegoś programu do symulacji konwekcji i dyfuzji ciepła. Zagadnienie tak ciekawe, że chce się w nie wejść całym sobą i tak złożone, że dalej nie bardzo wiem na czym polega. Finalnie coś tam - dalekiego od ideału - udało się stworzyć, choć kilka razy miałem wrażenie, że prędzej główna pętla programu udusi mnie niczym garota, niż jakkolwiek wyliczy wędrówki celsjuszy. Ale udało się! Głęboko wierzę, że temat został zamknięty.

Przez kilka minionych tygodni toczyłem też potyczkę sam ze sobą. Potyczkę na wskroś wyniszczającą. Mianowicie zostało mi brutalnie wytknięte, że nadużywam zwrotu "jak gdyby". Oczywiście zupełnie się z tym pogodzić nie mogłem. Wybitny bloger z jakąś taką naleciałością językową? - wierzyć się nie chce. Wtedy zacząłem bacznie słuchać tego, co mówię. I stało się. Zrozumiałem, że "jak gdyby" jest wszechobecne. Wkradło się i wypierało zachłannie wszystkie części mowy, nie odpuszczając nawet znakom interpunkcyjnym. "Jak gdyby niebo jest jak gdyby niebieskie jak gdyby dzisiaj" - takie twory wygadywałem, gdy na ten przykład patrzyłem do góry. Proces wyrugowania z języka jakiegoś wtrętu nie jest wcale prosty. Każde "jak gdyby", na którym się przyłapałem kwitowałem potrójną cichutką kurwą! Oj nakurwowawałem się nim się wykurowałem. Jest już chyba nieco lepiej. Obecnie zmagam się z tą cichutką "kurwą", ale zdaje się, że na nią jest znacznie większe przyzwolenie społeczne.

A i do tego wszystkiego jeszcze mamy mundial. Idę pobiegać.



sobota, 24 maja 2014

Wariat

Spotkałem wariata na przystanku pod Biprostalem. Chyba prawdziwego. Trzymał się lekko z boku i palił papierosa. Tańcował na rozedrganych nogach wokół reklamówki i siatki szmacianki, które stabilnie ulokował na płycie chodnikowej. Od czas do czasu wykonywał trzy kroki w moją stronę i mówił z pełną przejęcia twarzą:
"Wszędzie są agenci! Jak mam żyć jak cały czas jestem obserwowany? U siedmiu psychiatrów byłem i żaden mnie nie zdiagnozował. Żadnej choroby. A niby tacy fachowcy. Szkoda gadać. Już więcej nie pójdę do nich. Zresztą po co iść, jak wiadomo, że oni to wszyscy agenci. I po co to wszystko?"
Po czym odskakiwał z powrotem do swoich nieruchomych partnerek tanecznych i pląsał chybotliwie, Chwilę wirował okadzając dymem z peta swój mikro dens-flor i znowu wyskakiwał ku mnie i perorował o agentach. Patrzyłem na niego z dziką fascynacją i kląłem w duchu, gdy nadjeżdżał mój tramwaj. Wariat wariata rozpozna - pomyślałem sobie i pobłażliwym uśmiechem pożegnałem przystankowego mistrza fokstrota.

A w tramwaju jak to w tramwaju. Wszyscy wgapieni w telefony coś tam sobie po ekranach kciukami śturają. Niby się na mnie nie gapią, niby mnie ignorują, ale nie ze mną te numery! Parszywi agenci!

niedziela, 18 maja 2014

Krwią ociekający szlak

W długi weekend majowy postanowiłem udać się na Turbacz. Pogoda była dramatycznie słaba. Mój dzielny towarzysz, 3-letni york z nowiutką czerwoną kokardą zdobiącą przestrzeń między jego smukłymi uszami, chyba nie był z tego pomysłu zadowolony. Patrząc przez pryzmat skali, dla niego wyprawa w Gorce to jak dla nas himalaizm. A do tego siąpi, piździ i zimno.
O godzinie dziewiątej rano Grizli i ja byliśmy już w Koninkach u bram GPN (Gorczańskiego Parku Narodowego). Strażnik pobrał opłatę za wstęp, wręczył małą książeczkę, pouczył, żeby absolutnie nie spuszczać psa ze smyczy i pokierował nas na niebieski szlak. Dziwny facet - pomyślałem. Ubrany ni to jak żołnierz, ni to jak harcerz, a do tego w oczach miał jakiś obłęd. Uwagę moją zwróciły też czerwone zacieki na tyłach jego wojskowych butów. Szlaban w nich malował i nie doczyścił?

Grizli był jakiś niespokojny. Warczał na roślinność i szerokimi łukami omijał zwalone drzewa wyciągając przy tym rolowaną smycz do ostatnich centymetrów. Po godzinie wędrówki osiągnęliśmy pierwszą polanę. Na chwilę przestało padać toteż postanowiłem zerknąć na mapę. Przy okazji zerknąłem też do książeczki otrzymanej jako dodatek do biletu. Kartkowałem ją bez zaciekawienia. Same mchy, zielska, kwiatuszki i nafaszerowany łaciną opis o unikalności tychże okazów. Pod koniec natrafiłem na dwie szczelnie zlepione kartki. Chyba z nudów postanowiłem je rozdzielić. Mozolnie, z pomocą finki, nabytej w Norwegii rozłączałem brzegi. W końcu chwyciłem je palcami i delikatnie rozchyliłem. Zamarłem. To nie był błąd wydawniczy. Oczom moim ukazał się koślawo, palcem wymalowany, czerwony napis: "help".


Żart strażnika albo czyjeś rozpaczliwe wołanie o pomoc - takie dwie opcje rozważałem gorączkowo. Podświadomie skłaniałem się ku pierwszej, druga mnie przerażała i próbowałem ją odpędzić. Nóż i książeczkę schowałem do bocznej kieszeni spodni i szybkim już krokiem ruszyłem dalej. W głowie zrodziło się przeświadczenie, że ktoś za mną idzie. I nie był to Grizli. Oglądałem się za siebie z częstością zbliżoną do tej, z jaką latarnia morska omiata morze. Co jakiś czas przystawałem bez ruchu i nasłuchiwałem. Nic. Najmniejszego szelestu ani trzasku. A jednak wszystko wewnątrz mnie krzyczało: "uciekaj!". Wiedziałem, że ignorować wewnętrznych głosów w żadnym wypadku nie należy. Wziąłem pod pachę psa i zacząłem biec ku schronisku.

"Turysto uszanuj majestat gór!" - takim napisem przywitał mnie bunkier PTTK. Wszedłem i zamówiłem herbatę. Pani za barem majestat gór szanowała przesadnie. Jej mimika była uboższa od mimiki sklepowego manekina. Nic nawet nie drgnęło podczas gdy mówiła. Ani jednego mrugnięcia, ani jednego ruchu ustami. Mimoza z czarną grzywką najwyraźniej potrafiła zamrozić twarz. Podziwiałem ją i przeklinałem. Chciałem z kimś się podzielić znaleziskiem w książeczce, ale wiedziałem, że lepiej pogadać z przydrożnym świerkiem niż ze schroniskową kukłą.

Ruch był niewielki. Paru turystów na krzyż plus jacyś nieziemsko brudni rowerzyści. Gdy dopijałem herbatę na salę wszedł chłop wielki jak tur. Podszedł do baru i wdał się w rozmowę z mimozą. Wpatrywałem się z zaciekawieniem czy ów chłód obsługi serwowany jest każdemu czy tylko ja dostąpiłem tego zaszczytu. I nagle uśmiechnęła się. Wyciągnęła rękę i wskazała na mnie. Wielka kudłata głowa przybysza leniwie podążyła za palcem mimozy i po chwili poczułem na sobie drapieżne spojrzenie ciemnych jak węgiel oczu. Spuściłem szybko wzrok i zatopiłem go w herbacie. Jednak nie na tyle szybko, żeby nie zarejestrować czerwonych zacieków na butach kudłacza. Pies był najeżony nie mniej niż ja. "Kurwa! Co się tutaj dzieje?!"

Po chwili rozejrzałem się nieśmiało po sali. Dalej się gapił i szczerzył czarne zęby. To że karmi się sterydami było oczywiste. Teraz wiedziałem też, że najprawdopodobniej żre także torf. Zresztą o ile wzrok mnie nie mylił zamówił właśnie błotną breję, choć mimoza upierała się, że to bigos. Komórka - oświeciło mnie. Muszę się z kimś podzielić tym, co tu ma miejsce. Wydobyłem z kieszeni telefon i znowu zakląłem. Pieprzone Endomondo zżarło mi niemal całą baterię. Pstryknąłem dyskretnie fotę feralnej stronie i z dopiskiem "Jestem na Turbaczu, coś tu nie gra" wysłałem mms'a do Andrzeja. Chyba po to, aby w razie czego został po mnie jakiś ślad. I wszystko wskazywało na to, że więcej śladów nie będzie. Telefon zdechł. Tymczasem Kudłaty siadł przy sąsiednim stoliku, twarzą do mnie. Patrzył na mnie wrednie i jakoś złowrogo. Przeanalizowałem w głowie wszystkie fakty, spakowałem się, wziąłem plecak, psa i wyszedłem do toalety. Żołądek miałem ściśnięty i bez większych problemów wyrzygałem całą herbatę. Rzyganie to obrzydlistwo. Wróciłem do mimozy. Poprosiłem - a w zasadzie zawarczałem, że chce cole w puszce. Zapłaciłem i wyszedłem.

Ruszyłem czerwonym szlakiem w stronę szczytu. Czego dodali do herbaty? Ile się wchłonęło, a ile zdołałem zwymiotować? Byłem pewien, że była z wkładką. Smakowała inaczej. Sterydziarz na długim dystansie nie ma ze mną szans - analizowałem w głowie sytuacje - zamęczę go. Będzie siny jak Pudzian pod koniec długiej walki. Nie mogę tylko dać się mu zbliżyć.

Przed wejściem do lasu zatrzymałem się. Spojrzałem w stronę schroniska. Dryblas tam stał, odpalał papierosa i kątem oka mnie obserwował. Szybko świniak żre - pomyślałem. Złapałem się za skronie, teatralnie się zatoczyłem i zniknąłem w ciemnym lesie. Nie musiałem nasłuchiwać. Wiedziałem, że idzie za mną. Na szczycie zszedłem ze szlaku w stronę Nowego Targu. Rozdrażniłem psa, by zaczął szczekać. Zadziałało. Sto metrów za mną przez krzaki przedzierał się wielkolud. Biegłem w dół i umyślnie się potykałem, raz za razem upadając. Cały czas pilnowałem dystansu. Już nie miałem złudzeń. Nic mi się w głowie nie roiło. To się dzieje naprawdę. Pojawiły się pierwsze niemrawe ścieżki wodne łączące się niżej w potok Lepietnica. Jeszcze kilkaset metrów wzdłuż potoku i zaczęliśmy truchtać pod górę. Dystans się zmniejszył do 20 metrów. Serce waliło mi jak oszalałe. Drapałem się pod górę. Z każdym metrem odległość na szczęście zaczęła się zwiększać. Utwierdziłem się w słuszności obranej strategii. Odetchnąłem. Potem było znowu w dół, a potem znowu podejście na Obidowiec. Odwróciłem się i spojrzałem w dół. Człapał niemal w miejscu. Zataczał się półprzytomny. Szedł już bez wiary ze zwieszoną głową. Dyszał i parował jak lokomotywa tnąca syberyjskie lasy.

Podniosłem z ziemi pokaźny drągal. Wyjąłem nóż. Naprężyłem się jak tarzan. "Zaszlachtuję cię wieprzu i nakarmię tobą wilki!" - krzyknąłem. Hohoho. Ale wymyśliłem. Zaskoczyłem sam siebie. Zresztą słowa nie miały znaczenia. Chciałem go tylko dodatkowo rozjuszyć. Wyzwolić w nim resztki sił, aby rzucił się na mnie w szaleńczym otępieniu i wyzionął ducha. W jakimś stopniu się to udało. Przyspieszył. Ja stałem i patrzyłem. Czekałem i jak torreador machałem mu czerwoną płachtą wyzwisk i inwektyw rodem z trzeciej klasy szkoły podstawowej. Nogi uślizgiwały mu się na stromym podejściu. Zbliżał się. Już tylko parę metrów dzieliło go ode mnie. Chciałem powiedzieć: "Stój! Bo poszczuję psem!", ale nie wiedzieć czemu zwyczajnie go oplułem. Prosto w czerwoną jak diabli twarz. Równocześnie odskoczyłem w bok i pobiegłem kawałek do góry. Był bezradny. Patrzył otępiale pustymi oczami. Przetarł twarz rękawem i klęknął.

Zrobiło mi się go żal. Wbiłem w niego oczy i trwaliśmy tak bez ruchu dobre dwie minuty. W końcu podniósł głowę i powiedział ledwie słyszalnym głosem: "Ryszard Jukon, straż parkowa. Proszę wrócić na szlak!".

Czułem jakby w czubku głowy wywiercono mi otwór i lano przez niego ciekły azot. Kostniało mi wszystko: twarz, ramiona, tułów, ręce i nogi. Na końcu stężały mi też dłonie. Najpierw wypadł drągal, potem upuściłem nóż. Sekundę potem niewidzialna ręka wielkiego chemika lała we mnie wrzątek. Płonąłem ze wstydu. Odzyskałem czucie. Podniosłem finkę, pochwyciłem psa, złamanym głosem jęknąłem "przepraszam za wszystko" i popędziłem w stronę Obidowca. Stamtąd zielonym szlakiem zbiegłem do Koninek. Przenigdy w życiu nie czułem takiego zmieszania. Ziemia mnie parzyła. Deszcz jak kwas trawił dłonie. A w ostatniej fazie dopadł mnie jakiś histeryczny śmiech, który niesiony echem dokonał bestialskiego gwałtu na majestacie gór!

W aucie podłączyłem telefon. Pięć nieodebranych połączeń od Andrzeja i jedna wiadomość tekstowa: "Fajnie, że fundacja Krwinka jest obecna w gorczańskich broszurach". No kurwa, zajebiście fajnie - mruknąłem pod nosem!

Warto czasem wybrać się w góry! Tam wbrew pozorom dużo się dzieje!



       

sobota, 17 maja 2014

Zapowiedź

Każdy wybitny bloger zapewne ma wyrzuty sumienia jak zaniedba na jakiś czas swoich czytelników. Mam i ja. Ale nie przesadzajmy, nie są to jakieś straszne wykwity na moim sercu, ot lekkie poczucie winy, które zagłuszam z dużą łatwością. Trochę szkoda, bo ponoć człowiek trapiony silnymi wewnętrznymi rozterkami jest w stanie spłodzić dzieło szlachetne. No cóż, szlachetnie nie będzie.

Sam nie wiem, co to się stało, że nastąpiła tak rekordowo długa przerwa w blogowaniu. Jakiś czas temu dokonałem zamachu na brud, kamień i osad w kabinie prysznicowej. Wpompowałem ogromne ilości chemii gospodarczej w baterię, kafelki i brodzik. Był cif, cillit, nanomax i kret. Obawiam się, że od nadmiaru tych syfów dostałem egzemy mentalnej i moja płodność twórcza została unicestwiona. W przeciwieństwie do kamienia i osadu, które wciąż mają się dobrze. Ech, wziąłbym te lafiryndy z reklam telewizyjnych i zaciągnął do mojej łazienki. Kazałbym im szorować i śpiewać na nutę Carmen: "praca z ajaxem czystym relaksem". Z chemikaliów wierzę tylko w kreta. Nawet jak nie przetka odpływu to przynajmniej się stara, tak syczy i bąbelkuje.

Ale mniejsza z tym. Dziś będąc w Kaufie postanowiłem wesprzeć naród ukraiński i nabyłem 5 piw Obołoń. Przy regale naszła mnie mała wątpliwość i zacząłem rozmyślać czy właścicielem tego browaru nie jest czasem jakiś oligarcha rosyjski, ale machnąłem ręką i kupiłem. Liczą się przecież intencje a nie rzetelnie udokumentowane fakty! Nieopodal regału z piwem oczom moim ukazał się szeroki wybór papierowych ręczników kuchennych. Tutaj postanowiłem postawić już na rzetelność. Za jak najmniejsze pieniądze nabyć jak najwięcej metrów ręcznika! - taki miałem cel. Udało się. Ponad 46 metrów za 7 złotych. A w agresywnej promocji wystawione były jedynie 22 metry za złotych 4,40. Warto polować!

I wszystko to zdaje się być zupełnie błahe, nieistotne, całkiem zwyczajne, a może nawet i nudne. Ale nie martwcie się. Zawsze po deszczu wychodzi słońce i w następnym odcinku będzie już z dreszczykiem. Będzie bowiem o serii bestialskich mordów w Gorczańskim Parku Narodowym. Jeszcze zatęsknicie za hipermarketową sielanką.
Pozdrawiam z nad Obołonia number 1/2/3/4/5 *


*zgadywać można w komentarzach (nagród brak)



poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Pozorowany kryzys

Jestem jaka jestem. Tak myślę. Mój psychoterapeuta jest jednak innego zdania. Twierdzi, że nie jestem - znaczy nie twierdzi, że jestem inna niż jestem, twierdzi, że w ogóle nie jestem. Czyli, że mnie nie ma. Muszę go chyba zmienić. No bo przecież jestem. Ale zmieniałam już trzy razy i zawsze to samo.
Widzę to, co widzę. Okulista jest spoko. Nie kwestionuje mojego punktu widzenia. Jutro pełna obaw wybieram się do ginekologa. Zresztą, może niepotrzebnie się boję. W końcu będzie to, co ma być. A jak będzie inaczej to przecież opowiem o tym psychoterapeucie i jakoś mnie z tego wyciągnie. Czuję się taka nijaka i zagubiona. Nic mi już chyba nie pomoże. Kiedyś pomagało przycięcie końcówek i balejaż, ale to już od jakiegoś czasu nie działa. Dupa! Ryśkowi i tak się już nie podobam. Znaczy nie mówi tego wprost, ale krzywi się jak zakładam leginsy. Może to dobrze, że wcale nie jestem.* 

Zastanawiam się czy nie zmienić konwencji bloga - czy nie porzucić w czarci róg formy felietonu na rzecz luźnych wyznań. Wybrałbym sobie płeć, wiek, zaburzenie psychiczne i dzieliłbym się tu z Wami najszczerszymi przemyśleniami i odczuciami płynącymi prosto z serca.
A może pójść dalej. Ot mógłbym się nawet wcielić w rolę psa łańcuchowego. Blog pisany przez nieludzko traktowanego czworonoga to byłoby coś. Strumień przemyśleń skrobanych krwawym pazurem na butwiejących dechach psiej budy. Stałbym się bohaterem i głosem upodlonych mieszańców.

Naprawdę mam takie myśli. I co gorsza, czuję, że w roli psa mógłbym brzmieć autentycznie.

Chyba przechodzę chwilowy kryzys. Kryzys zawsze przychodzi po euforycznym początku. Pojawiają się rozpaczliwe próby zmiany. Odszukania przestrzeni, w której można poruszać się zupełnie bezwysiłkowo. Na razie jestem jak mucha w budyniu. Szukam najkrótszej drogi do brzegu talerza a potem pomyślę jak rozprostować skrzydła. Silę się na myślenie. I jednak mucha i budyń to kiepska alegoria. Przecież nic się nie klei i nie marzy mi się lot w stronę szaletu. Dość.

* cytat pochodzi ze spalonego pamiętnika przyrodniej siostry Marilyn Monroe
 

 

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

I po świętach!

Najbardziej znana Polka we Włoszech, Kasia Smutniak, rok temu zagrała rozerotyzowaną Sarę w serialu "In Treatment". Jak wyznaje, gdy zobaczyła pierwszy odcinek, myślała, że umrze ze wstydu. "Prosiłam rodzinę i przyjaciół, żeby nie oglądali..."
ojoj

Powyższą treść okraszoną zdjęciem ładnej buzi ujrzałem ostatnio w lewym górnym rogu onetu. Od dawna zastanawiałem się jak to jest być aktorką filmów ze "śmiałymi" scenami i udawać na przykład przed babcią słodką, niewinną wnusię. Trudne to chyba. Nie mniej jednak uznałem, że temat mnie nie dotyczy i powstrzymałem się przed kliknięciem.

Aż tu nagle, przy okazji świąt w rodzinnej atmosferze, temat schodzi na Koci Wentyl. Rodzina wytropiła moją działalność. Warchlak pisze bloga. Reputacja i dobre imię rodziny zagrożone! On dla poklasku jest gotów zrobić wszystko! Katastrofa i koniec świata!

O dziwo, takiej reakcji nie było. O dziwo - bo ja będąc na ich miejscu, bym chyba tak reagował, a przynajmniej mocno bym drżał.

Siostra okazało się, że czyta od czasu do czasu i nawet paru osobom bloga poleciła. Thanks Sis!

Mama tymczasem czytuje rzadziej, ale wspiera mnie od strony hackerskiej. Otóż na stronie "toplisty blogów" oceniła już trzykrotnie Koci Wentyl na gwiazdek pięć - mimo, że z jednego IP można zrobić to tylko raz. Twierdzi też, że na pewno da się to obejść. Poza tym odkryła, że ma dynamicznie przydzielane IP, więc jak tylko się zmieni, dostanę piąteczkę. Brawo.

Tata pokusił się o konstruktywną krytykę. Zdania są ponoć za długie. Niechronologicznie jest jakoś. Tryskam nazbyt licznymi dygresjami, którymi zamęczam i inne tam takie. Mimo wszystko docenił i pochwalił. Zasugerował też, że zdecydowanie powinienem się dalej rozwijać pod fachowym okiem pani filolog (najlepiej o kształtach wiolonczeli - za dygresję przepraszam, ale tym razem jest ona istotna).

A mówią, że z rodziną się dobrze tylko na zdjęciu wychodzi. Bzdura.

Sprawdziłem też szybko, czy wspomniana na wstępie Kasia Smutniak ma jakiś tytuł nauk humanistycznych. Na wikipedii nic o tym nie piszą. A szkoda, bo figurę ma dobrą i czuję, że tyle nas łączy...


piątek, 18 kwietnia 2014

Italia - część 2

Imprezy wieczorne, poza tą inauguracyjną z miotłą w tle, wszystkie mi się zlewają. Zlewają się potokiem win, drinków, piwa a także oliwy wrednymi kroplami kapiącej z zakąsek, bezszelestnie atakującej ubrania i buty. Kroplami dotkliwie karcącymi za frywolność postawy, za zbyt płytki, nie dość hołdowniczy pokłon nad wykwintnym stołem. Lewa nogawka mych spodni chłostę oliwą upodobała sobie szczególnie, jakby chciała się zjednoczyć w ten męczeński sposób z koturnowatymi trampkami Bogini Brawury. No bo przecież nie mogło chodzić o jedność z gaciami współspacza!
Konsumpcja kanapek tramezzini wymaga naprawdę wielkiej uwagi, uczy pokory, uczy godzenia w sobie bezkresnej fascynacji z nieustanną ostrożnością. Czyli całkiem to dobre tylko można się nieźle ufajdać.

"Tre parti di prosecco, due parti di aperol e un spruzzo di acqua gasata" 
to więcej niż receptura, to słowa magicznego zaklęcia wypowiadane podczas napełniania szklanic. A może to były puchary, wszak kelnerem się bynajmniej nie czułem - czułem się: czarodziejem! Efekt końcowy to spritz, orzeźwiający napój, w którego krystalicznym, pomarańczowym kolorze można się zatracić. Napój, który uderza do głowy zupełnie niewinnie, delikatnie, zmysłowo i ulecza ropiejące rany zadane przez podstępną ekstra dziewicę z pierwszego tłoczenia. Biesiady zdawały się być krótkie, całkiem błyskawiczne, raptem kilka mignięć latarki w smartfonie i już rozsądek wyganiał do łóżek, wrzeszcząc głuchym szeptem: "już czwarta!"

"Czy zarzucałem nogę?" lękliwie wypowiadanymi słowami witałem współspacza nim jeszcze otworzyłem oczy. Odpowiedź przecząca budziła mnie do życia i wprawiała w euforyczny nastrój. Trzy wspólne noce i trzy chwile ulgi. Półbelg, mimo przeraźliwego sknerstwa musiał mieć coś w sobie z świętego Piotra ("Zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz"). W każdym bądź razie, bezwład polibacyjny w pewnych sytuacjach plusy ma nieocenione.

Dni spędzaliśmy zwiedzając urokliwe miejscowości prawie nadmorskie. Uzurpuję sobie prawo do tego nieprecyzyjnego określenia, głównie za sprawą jebutnych rozmiarów akwenu, ale też i dlatego, że "nadjeziorne" brzmi głupio i kojarzy mi się jakoś z bździągwą. Tak więc zwiedzaliśmy - powiedzmy - nadbrzeżne mieściny i byliśmy oczarowani. Wszystko takie zadbane, budynki, domy, kamienice w pastelowych kolorach, zabytki świetnie utrzymane, wszędzie dużo zieleni, czasem trochę monumentalnie, ale przede wszystkim rześko, kolorowo, świeżo i czysto. Dodatkowo wczesną wiosną liczne kwietniki wręcz hipnotycznie czarują feerią barw. Ogromna dbałość o estetykę sprawia, że oczy pieją z zachwytu. I mimo, że wszystko jest takie niemal pocztówkowo piękne to, w przeciwieństwie do austriackich wzorców, nie jest sterylne. I ten brak sterylności sprawia, że człowiek czuje się tam naprawdę swobodnie. Nic nie przytłacza, wszystko zachwyca.

Bujaliśmy się leniwie wąskimi uliczkami jak stado deutsche-emerytów niby to zwiedzając, niby spacerując, niby podskakując a może szurając. Jedynie wypatrywanie pocztówki dla wielkiego (dosłownie) nieobecnego wyprawy, czyli pana Bąbla, nie było na niby. Jedni optowali za widokówką w rozmiarze xxl argumentując, że taka do Bąbla pasuje. Inni mówili, że mała jest lepsza, bo cóż na odwrocie tej wielkiej można by napisać. No i taka duża, to pewnie majątek na znaczki pochłonie - w jednej z głów taka myśl zrodzić się mogła. Chcieliśmy wybrać arcypiękną, chwytliwą, cudowną lecz wkrótce głosy przytaczające historie eksplozji serc z nazbyt wielkiej zazdrości sprawiły, że w trosce o bąbelkową pompę ssąco-tłoczącą  wypatrywaliśmy turpistycznych ujęć okolic. I tak snuliśmy się niespiesznie, rozpełzaliśmy się tu i ówdzie, po chwili znów natrafiając na siebie, by móc wspólnie zawinąć do jakiejś knajpki, trattorii albo pizzerii. A doskonałość potraw i jakość obsługi wyzwalała spontaniczną szczodrość nawet u Półbelga. Szastał bilonem z nieznanym nam wcześniej rozmachem, łatając arytmetycznie niewytłumaczalne manko powstałe podczas ściepy. Tryskał eurocentami jak świnka rozbita o ścianę, a mi się to jego nowe, knurze oblicze bardzo podobało.

Z miejscowości Malcesine  kolejka gondolowa dwuetapowo, bo z przesiadką, wywozi turystów na górę Monte Baldo. My wyjechaliśmy jednoetapowo, czyli do połowy i tam nasza owczarnia udała się pod kościółek świętego Michała. Kościółek był zamknięty, ale wszystko na około było scenerią godną najbardziej uroczystego, koncelebrowanego nabożeństwa. Do tego ciut niżej, na łące wyciętej w zboczu niczym ogromny taras pasło się mnóstwo niewinnych, kremowych owieczek, owieczek osieroconych, owieczek bez pasterza. Rzut oka na to biedne stado wyzwolił we mnie moc uczuć nieznanych. Słońce jakby drobnym manewrem twistowym wycelowało we mnie najjaśniejszy promień. Odruchowo rozłożyłem ręce i dokonała się w mej głowie autokonsekracja. Dwie sekundy później, stałem już nad stadem i głosiłem orędzie, orędzie przepełnione miłością do świata.
"Mie belle! Sono vostro padre da un paese lontano! Arrivate qui! Mangiate erba verde!" (Piękności wy moje, jam jest wam pasterzem z dalekiego kraju, chodźcie tutaj do mnie i trawą zieloną się karmcie!)

I szły one do mnie i trawę skubały, pobekując sobie na znak zrozumienia. I przenigdy wcześniej z taką atencją nie byłem słuchany! I była jakaś w tym wszystkim błogość i sielanka, kojącym strumieniem szlifująca serca. I nasza owczarnia legnęła na trawie obserwując leniwie jak sześć tarasów niżej, na tafli jeziora żaglówki karmiły swe dzioby źdźbłami wody... a może bździągwami.

Siedem różnych osób zdumiewająco pogodzonych pragnieniem beztroski i pełnego luzu, pragnieniem odprężenia, pragnieniem swobody i nic niemuszenia. Jakaś zbiorowa hipnoza, brak nerwowości, niewymuszony kompromis, bajeczna harmonia, półsen kołysany magią otoczenia. I chyba nie potrafię wyrazić koślawą poetycką nutą jak było naprawdę, bo było epicko. Ekipo, dziękuję!